Wysłany: Sro 28 Gru, 2011 23:25 Osobowość unikająca to moje drugie imię
Sama nie wiem w którym dziale mam założyć temat ale postanowiłam w tym, a w sumie to pasuje do wszystkich więc nie ma to żadnej różnicy.Nawet głupio mi tu o tym pisać..
Cholera mam juz tego naprawdę dosyć , nigdy nie byłam nigdzie u żadnego psychologa i nawet nikomu tego nie mówiłam- ale według mnie żadne leki i tak mi nie pomogą ani tym bardziej specjalista bo kojarzą mi się źle z kimś kto ma chorego w nosie a liczą się tylko pieniądze a nie pacjent , po odstawieniu leków i tak to wszystko powraca.
Jest we mnie wielki potencjał i chęć do pracy i życia aż za 100 osób ale jest on hamowany przez lęki i fobie które tworzą niewidzialną barierę strachu która uniemożliwia mi wyjście do ludi.Wzbiera we mnie wściekłoś,że taka błachostka która nie istnieje blokuje moje całe życie i przejmuje nade mną całkowita kontrolę. Za każdym razem gdy już myślę,że jest lepiej poddaje się jej . To nie jest normalne- dlaczego to właśnie mnie spotyka a nie kogoś innego? Dlaczego nie mogę normalnie wyjść z domu bez godzinnych przygotowań? Przeciez to wyjście tylko np. po mleko to po jasną cholerę muszę obowiazkowo nałożyć tonę makijażu ? ciągle siedziec przed lustrem i sprawdzac czy idealnie wyglądam ?Wszystko musi być idealne dobrane, włosy ułożone ,makijaż oczywiście już od rana jak tylko się obudze mimo iż wcale nie wychodze do ludzi bo praktycznie do nich nie wychodzę chociaż bardzo bym chciała zacząć znów żyć a nie wegetować. No to załużmy,że zostałam zmuszona lub sama chciałam wyjść do sklepu to się dopiero zaczyna przed wyjściem jestem jeszcze wyluzowana nie myślę o strachu ale gdy juz na lini horyzontu zobaczę ludzi na przystanku albo dużo jadących samochodów to
czuję panikę , moje nogi czasami odmawiają mi posłuszeństwa ale je zmuszam żeby szły , nie mogę znieść wzroku innych nie wiem czy tylko ja tak mam ale czuje się wtedy strasznie brzydka , głupia a niedaj boże żeby ktoś krzywo się na mnie spojrzał albo zaczął się śmiac niekoniecznie ze mnie to już wtedy koniec po mnie - wtedy mam ochotę się schować , uciec najdalej stąd a jeszcze gorzej jak jakiś znajomy, znajoma, sąsiadka itp.
Nie mam ochoty z nimi rozmawiać nawet na zwykłe dzień dobry czy cześć, a tym bardziej jakąś rozmowę, nie chcę żeby mnie oglądali. Nie wiem dlaczego ale paraliżuje mnie wręcz wzrok innych , isć po chodniku samemu gdy nie ma innych źle a jeszcze gorzej jak tych ludzi na chodniku jest mnóstwo.Albo jak stoję na przystanku to nie wiem jaką mam pozycję przyjąć , w którą strobnę mam patrzeć , oczywiście obowiązkowo trzęsienie rąk , duszności , problemy z przełykaniem, oczywiście problem już w autobusie, a w pociągu jeszcze gorzej nie znosze siedzienia przez duższy czas twarzą w twarz jak ktoś się na mnie gapi i wtedy nie wiem co mam robić i najczęściej gapię się w okno i jestem względnie spokojna,ale mam trudności z przełykaniem śliny, mam ochotę schować swoją twarz ,(uciec do bezpiecznego domu, zamknąć za sobą drzwi i nikogo nie oglądać) czuje,że ona jest wtedy brzydka, nie wiem jak to określic ale nie znoszę wzroku innych ludzi a bez tego nie da się obejść. No i dlatego siedzę sobie w domu od poniedziałku do piątku wegetując a w weekendy do szkoły.Dodam od razu,że nie chcę wyjśc na jakiegoś narcyza ale obiektywnie mówiąc jestem bardzo ładna ale te lęki psują wszystko co mogłabym osiągnąć. Czytając to dochodze do wniosku,że jestem bardzo dziwnym człowiekiem ,chyba chorym na głowę?Piszę to tylko tutaj bo nikt mnie nie zna i mogę tutaj to napisać bo inaczej nikomu bym o tym nie powiedziała i raczej nie powiem. Jestem czlowiekiem skrytyma nawet bardzo. Nie lubię zabierać głosu w towarzystwie , jestem neutralna można by rzec tłem , dziewczyną bez wyrazu charakteru, słuchającą opini innych .Najważniejsze dla mnie jest "co powiedzą inni" jak mnie odbiorą ?Więc niestety na codzień zakładam maskę w zależności w jakiej grupię się znajduję i wpasowuje się do nich.Mam osobowiść unikającą no i strasznie mnie to wkurza,że nie mogę nic z tym zrobić .Nic nie pomaga.Po co to jest ? Mówią,że trzeba cieszyć się życiem ale przepraszam bardzo jak mam cieszyć się z takiego życia? Ktoś obcy patrzący z boku i zupełnie zdrowy powie ,że jestem, leniwa,zła , niewdzięczna - ale to jest silniejsze ode mnie. Jak mam się cieszyć z takiego życia ?Ileż ono jest warte?(bądźcie spokojni nie mam zamiaru się zabijać) Czy ma jakiś sens siedzenie w domu ? Czy to nie jest marnowanie życia przeze mnie gdy tak wiele odób jest chorych śmiertelnie?i chiałoby żyć .Po co ja właściwie żyje? Mam wyrzuty sumienia ,że je marnuje ale jestem besilna. Wydaje mi się,że przejście przez pustynie w burzę piaskową byłoby łatwiejsze niż iść ulicą pełną ludzi. Wiem,że to debilne i pewnie dla mnie to za późno na psychologa i trzeba mnie od razu zawieść w kaftanie do psychiatryka na oddział bez klamek. Gratuluje komuś kto dotrwa do końca czytania tego durnego tematu i ostrzegam,że raczej nie odmieni on życia ani mojego ani czytającego.Ale ciesze się,że przynajmniej znalazłam forum które do mnie idealnie pasuje- nawet te chore formułki o zaburzeniach słowo w słowo o mnie , to przyjemne być opisywanym w książkach ale także już chyba nie najlepiej ze mna skoro wszysto się zgadza ....
A moze trzeba się z tym pogodzić i z tym żyć ?Pielęgnować to bo nic innego nie pozostało oprócz tych fobii? bez nich byłabym sama jak palec?
Doskonale Cię rozumiem, mam prawie, że identycznie, jednak nie zgadzam się z tymi ostatnimi zdaniami:
evi napisał/a:
Czy to nie jest marnowanie życia przeze mnie gdy tak wiele odób jest chorych śmiertelnie?i chiałoby żyć .Po co ja właściwie żyje? Mam wyrzuty sumienia ,że je marnuje ale jestem besilna. (..) Wiem,że to debilne i pewnie dla mnie to za późno na psychologa i trzeba mnie od razu zawieść w kaftanie do psychiatryka na oddział bez klamek.
Wysłany: Czw 29 Gru, 2011 09:02 Re: Osobowość unikająca to moje drugie imię
evi napisał/a:
Cholera mam juz tego naprawdę dosyć , nigdy nie byłam nigdzie u żadnego psychologa i nawet nikomu tego nie mówiłam- ale według mnie żadne leki i tak mi nie pomogą ani tym bardziej specjalista bo kojarzą mi się źle z kimś kto ma chorego w nosie a liczą się tylko pieniądze a nie pacjent , po odstawieniu leków i tak to wszystko powraca.
Jest we mnie wielki potencjał i chęć do pracy i życia aż za 100 osób ale jest on hamowany przez lęki i fobie które tworzą niewidzialną barierę strachu która uniemożliwia mi wyjście do ludi.
A starasz się coś z fobią robić? No bo rozumiem, że psycholog zły, leki złe, pewnie terapie zamieszczone na forum też złe, próbowanie pokonywać swoje lęki - też złe, bo przecież nie jestem w stanie. Może i masz potencjał w sobie, może masz chęć do życia za 100 osób, ale co z tego? Według mnie tylko to sobie wmawiasz. Gdybyś faktycznie miała chęć do życia tych 100 osób, to po fobii nie zostałby nawet ślad. Znam to, to jest takie fajne gadanie sobie w swoich myślach: jakie to ja mam pomysły, gdyby nie fobia to normalnie podbiłbym cały świat, gdyby nie fobia to..., gdyby nie fobia to tamto... Heh trzeba w końcu zobaczyć, że to jest błędny sposób myślenia, oszukiwanie się. Dla Ciebie najprawdopodobniej (choć może sobie z tego nie zdajesz sprawy), jest to wygodne. Zwalasz winę za niepowodzenia w swoim życiu na fobie, i wszystko jest pięknie i elegancko. No przecież to nie jest twoja wina, że jest jak jest. Ale czy faktycznie tak jest?
evi napisał/a:
Mam osobowiść unikającą no i strasznie mnie to wkurza,że nie mogę nic z tym zrobić .Nic nie pomaga.Po co to jest ? Mówią,że trzeba cieszyć się życiem ale przepraszam bardzo jak mam cieszyć się z takiego życia? Ktoś obcy patrzący z boku i zupełnie zdrowy powie ,że jestem, leniwa,zła , niewdzięczna - ale to jest silniejsze ode mnie. Jak mam się cieszyć z takiego życia ?Ileż ono jest warte?(bądźcie spokojni nie mam zamiaru się zabijać) Czy ma jakiś sens siedzenie w domu ? Czy to nie jest marnowanie życia przeze mnie gdy tak wiele odób jest chorych śmiertelnie?i chiałoby żyć .Po co ja właściwie żyje? Mam wyrzuty sumienia ,że je marnuje ale jestem besilna. Wydaje mi się,że przejście przez pustynie w burzę piaskową byłoby łatwiejsze niż iść ulicą pełną ludzi. Wiem,że to debilne i pewnie dla mnie to za późno na psychologa i trzeba mnie od razu zawieść w kaftanie do psychiatryka na oddział bez klamek.
A więc co próbowałaś z tym zrobić? Bo skoro nic nie możesz z tym zrobić, to rozumiem, że próbowałaś już wielu sposobów. Po co to jest? Na pewno po coś, bo wszystko ma jakiś sens. Z tym cieszeniem się z życia to nie ma co przesadzać, po prostu wszyscy tak mówią, a niestety niewielu to potrafi, i nie chodzi tu o kwestię czy ktoś ma fobię czy nie. Osobiście nie znam w moim otoczeniu osoby, o której mógłbym powiedzieć - tak ona cieszy się życiem. Siedzenie cały czas w domu nie ma większego sensu, ale przecież zawsze można wyjść. Z tym psychiatrykiem to nie przesadzaj
evi napisał/a:
Gratuluje komuś kto dotrwa do końca czytania tego durnego tematu i ostrzegam,że raczej nie odmieni on życia ani mojego ani czytającego.Ale ciesze się,że przynajmniej znalazłam forum które do mnie idealnie pasuje- nawet te chore formułki o zaburzeniach słowo w słowo o mnie , to przyjemne być opisywanym w książkach ale także już chyba nie najlepiej ze mna skoro wszysto się zgadza ....
Dziękuję za gratulacje
evi napisał/a:
A moze trzeba się z tym pogodzić i z tym żyć ?Pielęgnować to bo nic innego nie pozostało oprócz tych fobii? bez nich byłabym sama jak palec?
Heh właśnie Też to kiedyś odkryłem, że jakbym odrzucił fobię, wszystkie swoje przekonania na swój temat, swoje negatywne opinie o mnie samym, to... co by zostało? Nic. A przecież jak nic nie zostanie, to w takim razie kim jestem? Tak więc czy nie lepiej trzymać się tego znanego, mimo, że to boli? Przynajmniej mogę siebie jakoś określić, mogę się zidentyfikować. To twoje życie, twój wybór, ja nie mam ochoty słuchać od samego siebie opinii, które nijak mają się do mnie. I jeszcze jedno, według mnie fobię trzeba zaakceptować, a nie z nią walczyć. To nie jest wróg, którego trzeba pokonać i zniszczyć. Jednak akceptacja fobii, nie oznacza, że mamy być bierni i nic nie robić. Po prostu akceptacja to akceptacja trzeba zaakceptować stan w jakim się obecnie znajdujemy, a nie mówić, że bez fobii byłoby tak, siak czy owak, jest jak jest, teraz jest właśnie tak a nie inaczej.
Tak, pogodzić się z faktem istnienia tych wszystkich ograniczeń i nie obwiniać siebie za wszystkie niepowodzenia, dojść do wniosku, że nie jest się żadnym dziwadłem, czy zepsutym. Tak, te lęki są wadą, ale ludzi idealnych nie ma.
Nie, nie godzić się z istnieniem fobii i robić co tylko się da, by ją zwalczyć i mieć lepsze życie. Ale robić to z głową, nie rzucać się od metody do metody z wielkim entuzjazmem, żeby po chwili ją porzucić po pierwszym niepowodzeniu. To jest długi i trudny proces. Ale się da
Matthias napisał/a:
A starasz się coś z fobią robić? No bo rozumiem, że psycholog zły, leki złe, pewnie terapie zamieszczone na forum też złe, próbowanie pokonywać swoje lęki - też złe, bo przecież nie jestem w stanie. Może i masz potencjał w sobie, może masz chęć do życia za 100 osób, ale co z tego? Według mnie tylko to sobie wmawiasz. Gdybyś faktycznie miała chęć do życia tych 100 osób, to po fobii nie zostałby nawet ślad. Znam to, to jest takie fajne gadanie sobie w swoich myślach: jakie to ja mam pomysły, gdyby nie fobia to normalnie podbiłbym cały świat, gdyby nie fobia to..., gdyby nie fobia to tamto... Heh trzeba w końcu zobaczyć, że to jest błędny sposób myślenia, oszukiwanie się. Dla Ciebie najprawdopodobniej (choć może sobie z tego nie zdajesz sprawy), jest to wygodne. Zwalasz winę za niepowodzenia w swoim życiu na fobie, i wszystko jest pięknie i elegancko. No przecież to nie jest twoja wina, że jest jak jest. Ale czy faktycznie tak jest?
Nie podoba mi się ton tego akapitu. Ton, bo fakty z grubsza pokrywają się z rzeczywistością Ale ten ton... Trochę tak, jakbyś mówił: "jesteś wszystkiemu winna". Bardziej mi tu pasuje: "dysponujesz środkami do zmiany rzeczywistości", ale nie można powiedzieć, że osoba, która tych środków nie wykorzystuje jest w pełni odpowiedzialna za swój los. Te środki trzeba umieć zauważyć, trzeba umieć wykorzystać, a to dla nas nie jest łatwe.
[teraz sobie pofilozofuję, nie czytać]
Do tego, co znaczy "być odpowiedzialnym za swój los"? Dla mnie to mit, bo wierzę (z osobami wierzącymi w coś innego nie dyskutuję ) w pełni deterministyczny świat (a nawet jeśli są elementy niedeterministyczne, to na poziomie kwantowym, które nie mają istotnego wpływu na makroświat ). Wolna wola nie istnieje. My i nasze zachowania jesteśmy w pełni zdefiniowani za pomocą tego, co dostajemy przy zapłodnieniu i naszego otoczenia.
Co innego na poziomie psychologii. Ponieważ nie ogarniemy nigdy wszystkich procesów dziejących się w naszym mózgu i jego otoczeniu, więc nigdy nie będziemy w stanie ustalić pełnej zależności: przyczyna => skutek. Stąd pojawia się miejsce na coś udającego wolną wolę. Jeżeli się nie zmotywujemy, to nie osiągniemy celu - powiedzmy, że taką przykładową ogólną zależność zauważymy. Co prawda nie mamy bezpośredniego wpływu na to, czy się zmobilizujemy, ale ten fakt należy zignorować i po prostu się zmobilizować
Ostatnio zmieniony przez dzieciak Czw 29 Gru, 2011 18:17, w całości zmieniany 1 raz
No to jeszcze raz wam gratuluje za przeczytanie od deski do deski
NegativeCreep- moze jednak trochę przesadziłam z tym kaftanem bo nie jestem szkodliwa dla swojego otoczenia ani dla siebie - ale czasmi siedząc długo w domu do głowy przychodzą różne dziwne rzeczy.
BlankAvatar - chociaż ja nie cierpię szufladkowania ludzi to niestety , wszystko pasuje słowo w słowo do mnie . Wiem,że to można wyleczyć ale nie do końca dopuszczam to do siebie ,jakoś brak mi wiary w to,że "ja" mogę coś zmienić czuje się skazana na to jakby to była kara dla mnie tylko nie wiem za co.
Matthias- co do lekarzy i leków to niestety lub stety nasłuchałam się i naczytałam o niektórych "wspaniałych" lekarzach i nie mam do nich zbytniego zaufania. Jeżeli naprawdę już jestem strasznie chora to dopiero chodzę do lekarza chodzi tutaj oczywiście o zwykłego lekarza , bo nigdy nie byłam u psychologa i jakoś sobie nie wyobrażam żebym mogła o takich rzeczach rozmawiać i w dodatku z kimś zupełnie obcym .
Najgorsze jest to,że jestem świadoma tego,że i takie myślenie i siedzenie z założonymi rękami nic nie da ale ja nadal to robię i nic nie zmieniam .
Układam jakiś plan jednego dnia i wszystko idzie wspaniale , myślę pozytywnie i już sobie zakładam,że jutro wyjdę z domu ale na drugi dzień gdy ma dojśc do realizacji tego planu to totalna klapa.Tak jestem tchórzem boje się zmian, kurczowo trzymam się domu bo tak jest najbezpieczniej.A czy zwalam to na fobie? Może tak. Czy coś z tym robiłam?Tak pracowałam przez miesiąc a potem sie zwolniłam bo po prostu nie jestem w stanie pracować z grupą ludzi.nie wytrzymuje presji, zbyt się denerwuje byle czym.Doszłam do wniosku,że się nie nadaje do życia z ludźmi, no ale .Wszędzie czuje krytykę co do mojej osoby na którą nie jestem odporna a sama przeciez też to robię .Po prostu nie znoszę słów krytyki na swój temat , nie cierpię a gdy usłyszę ją od jakiejś osoby to się od niej odcinam po prostu zrywam kontakt całkowicie.Chcę być zawsze i wszędzie idealna brz żadnej skazy. A zawsze wychodzi na opak jest coraz gorzej , i za każdym razem nic nie wychodzi, więc po co się oszukiwać,że będzie dobrze?
Przeraża mnie to,że można przez zaledwie kilka lat zmienić się tak diametralnie z odważnej , towarzyskiej osoby na siedząca w domu ofiarę. Można wyjść z domu ale po co?Nie mam juz całkowicie żadych znajomych oczywiście z wyboru bo się od nich całkowicie odcięłam .
Może to wszystko zaczęło się już wcześniej w czasach szkolnych dzięki "wspaniałym koleżankom" i może mam uraz do ludzi?Przecież nie każdy jest taki , i takie inne gadania nic mi nie dają bo ja jak magnes przyciągam bardzo negatywnych ludzi , wysysających energię życiową , prawdziwe hieny. Dlatego trzymam ludzi na dystans i nie chce mieć z nimi nic wspólnego? Wiem,że to wszystko można zmienić , wiem,że trzeba zmienić sposób myślenia i postrezgania tego wszystkiego. Ale co mi daje wiedza na ten temat skoro nie potrafię jej wykorzystać? Nie umiem wcielić tego w życie.
dzieciak - właśnie moim błędem jest to,że chce być idealna, lubiana,najmądrzejsza , najpi ekniejsza i gdy coś mi nie wyjdzie to po prostu to uciekam od tego .
Trzeba się pogodzić z tymi ograniczeniami i je zwalczać tylko to nie jest takie łatwe.
Czasami aż rozpiera mnie przesadny entuzjazm czego to ja nie zrobię a gdy mam to zrobić to nic nie robię.A co to znaczy mieć lepsze życie ? Co to znaczy wogóle dobre życie?
Ostatnio zmieniony przez evi Czw 29 Gru, 2011 16:01, w całości zmieniany 1 raz
Matthias- co do lekarzy i leków to niestety lub stety nasłuchałam się i naczytałam o niektórych "wspaniałych" lekarzach i nie mam do nich zbytniego zaufania. Jeżeli naprawdę już jestem strasznie chora to dopiero chodzę do lekarza chodzi tutaj oczywiście o zwykłego lekarza , bo nigdy nie byłam u psychologa i jakoś sobie nie wyobrażam żebym mogła o takich rzeczach rozmawiać i w dodatku z kimś zupełnie obcym.
Ogólnie o wszystkim przeczytasz opinie pozytywne i negatywne, zawsze się ktoś znajdzie kto coś skrytykuje albo pochwali. Sama musisz zdecydować co jest dla Ciebie najlepsze. Jeśli idzie o terapię, psychologa, leki, to myślę że mogę coś o tym powiedzieć. A więc tak, w moim przypadku lek oraz terapia doprowadziły mnie do równowagi, do takiego stanu jaki przeważał w moim życiu, tzn. nie jest źle, ale nie jest też super. Jestem po półrocznej terapii. Na pewno nie jest to coś strasznego, choć tak może się początkowo wydawać, z czasem człowiek się choć trochę otwiera i jest łatwiej rozmawiać z psychologiem. Czy widać efekty? I tak, i nie. Zależy co się rozumie przez efekty. Tak jak napisałem terapia doprowadziła mnie do równowagi i to jest na pewno jej duży plus, rok temu poważnie myślałem o samobójstwie. Po drugie terapia sprawiła, że uświadomiłem sobie pewne rzeczy, o których nie wiedziałem lub których nie potrafiłem nazwać. Z drugiej jednak strony w moim przypadku mam wrażenie dotarcia do ściany w terapii i czuję, że teraz powinienem iść dalej sam. Choć jeszcze decyzji nie podjąłem. O leku mogę napisać podobnie, pomógł mi, ale uważam, że najwyższa pora zacząć działać bez niego i zobaczyć jak to będzie. Tak więc ogólnie, nie uprzedzaj się ani do psychologów, ani do leków. To może pomóc, choć oczywiście nie masz takiej gwarancji, ale kto nie ryzykuje...
evi napisał/a:
Najgorsze jest to,że jestem świadoma tego,że i takie myślenie i siedzenie z założonymi rękami nic nie da ale ja nadal to robię i nic nie zmieniam .
Układam jakiś plan jednego dnia i wszystko idzie wspaniale , myślę pozytywnie i już sobie zakładam,że jutro wyjdę z domu ale na drugi dzień gdy ma dojśc do realizacji tego planu to totalna klapa.Tak jestem tchórzem boje się zmian, kurczowo trzymam się domu bo tak jest najbezpieczniej.
Fajnie, że to widzisz. Może wydaje ci się, że to i tak nic nie daje, ale według mnie zdawanie sobie sprawy z tego, że jest się tchórzem, że boisz się zmian, że trzymasz się domu, bo tam jest najbezpieczniej itd. to jest sporo.
evi napisał/a:
A czy zwalam to na fobie? Może tak. Czy coś z tym robiłam?Tak pracowałam przez miesiąc a potem sie zwolniłam bo po prostu nie jestem w stanie pracować z grupą ludzi.nie wytrzymuje presji, zbyt się denerwuje byle czym.Doszłam do wniosku,że się nie nadaje do życia z ludźmi, no ale .Wszędzie czuje krytykę co do mojej osoby na którą nie jestem odporna a sama przeciez też to robię .Po prostu nie znoszę słów krytyki na swój temat , nie cierpię a gdy usłyszę ją od jakiejś osoby to się od niej odcinam po prostu zrywam kontakt całkowicie.Chcę być zawsze i wszędzie idealna brz żadnej skazy. A zawsze wychodzi na opak jest coraz gorzej , i za każdym razem nic nie wychodzi, więc po co się oszukiwać,że będzie dobrze?
Hmm spróbowałaś jednej rzeczy, jest jeszcze wiele innych możliwości. Wiele jest dróg, które mogą wyprowadzić z fobii. Może z tym pójściem do pracy to było po prostu rzucenie się na zbyt głęboką wodę? Czasem lepiej robić powoli małe kroki i poruszać się do przodu. No to niestety musisz się z tym pogodzić, że... nigdy nie będziesz doskonała, ani dla innych, ani dla samej siebie. To jest po prostu niemożliwe, tak więc trzeba siebie zaakceptować, ze wszystkimi swoimi wadami. Nie ma co się oszukiwać, że będzie dobrze. Dziś jest jak jest, a jak będzie jutro? Wszystko zależy tylko i wyłącznie od Ciebie i od tego co z tym postanowisz zrobić.
dzieciak napisał/a:
Nie podoba mi się ton tego akapitu. Ton, bo fakty z grubsza pokrywają się z rzeczywistością Ale ten ton... Trochę tak, jakbyś mówił: "jesteś wszystkiemu winna". Bardziej mi tu pasuje: "dysponujesz środkami do zmiany rzeczywistości", ale nie można powiedzieć, że osoba, która tych środków nie wykorzystuje jest w pełni odpowiedzialna za swój los. Te środki trzeba umieć zauważyć, trzeba umieć wykorzystać, a to dla nas nie jest łatwe.
Hmm cóż, świat jest tak skonstruowany, że nie wszystko nam się podoba Ton jak ton. Nie mówię, że jest wszystkiemu winna, bo nie jest. Bardziej bym powiedział, że właśnie jest odpowiedzialna za to co się dzieje. Wszyscy od pewnego momentu jesteśmy w pełni odpowiedzialni za to co się dzieje w naszym życiu.
Wiem,że to debilne i pewnie dla mnie to za późno na psychologa
Nigdy nie jest za późno. Ja zacząłem mając 29 lat i nadal widzę w tym sens.
Tak naprawdę nie będziesz wiedziała dopóki nie spróbujesz, o.
Nie możemy się obwiniać za lęki, świadomie się do nich nie przyczyniliśmy. Za brak prób uwolnienia się od nich już tak. Nie stwarzaj sobie winogennych (tak, wymyśliłem to słowo, a co) sytuacji, próbuj na co pozwalają środki - działaj; życie, to coś co warto wygrać;)
_________________ "Nil admirari - niczemu się nie dziwić"
Horacy.
A co to znaczy mieć lepsze życie ? Co to znaczy wogóle dobre życie?
Pomijając religijne wymysły: dobre życie = szczęśliwe życie (i żeby zamknąć furtkę dla ekstremistów dodam...) przy zachowaniu pewnego etycznego minimum.
Matthias napisał/a:
Hmm cóż, świat jest tak skonstruowany, że nie wszystko nam się podoba
Na szczęście jest też tak skonstruowany, że możemy reagować, gdy się coś nie podoba
Cytat:
Ton jak ton. Nie mówię, że jest wszystkiemu winna, bo nie jest. Bardziej bym powiedział, że właśnie jest odpowiedzialna za to co się dzieje. Wszyscy od pewnego momentu jesteśmy w pełni odpowiedzialni za to co się dzieje w naszym życiu.
Evi
a moze poprostu miejsce w ktorym mieszkasz dziala tak na ciebie przyznam sie ze mieszkam pod warszawa i czesto musze w niej bywac ale jak juz wroce do domu czuje sie lepiej poprostu mniej ludzi mniej pytan inny ped zycia , nie które miasta maja cos w sobie ze przytlaczaja sa wrecz nachalne natlok informacji , ludzi i sam widok takie jest moje zdanie.
jak bedziesz chciala jakichs rad, to daj znac, ale ostrzegam, ze nie bede ciagnal cie za reke, bo mam juz takich 'pacjentow' i to jest dosc meczace
Nie martw się, prowadenie mnie za rękę to ostatnia rzecz której potrzebuje a wręcz nie cierpie takiego czegoś.A rady jak to rady są zawsze mile widziane .
kjensisław napisał/a:
Nigdy nie jest za późno. Ja zacząłem mając 29 lat i nadal widzę w tym sens.
Tak naprawdę nie będziesz wiedziała dopóki nie spróbujesz, o.
Nie możemy się obwiniać za lęki, świadomie się do nich nie przyczyniliśmy. Za brak prób uwolnienia się od nich już tak. Nie stwarzaj sobie winogennych (tak, wymyśliłem to słowo, a co) sytuacji, próbuj na co pozwalają środki - działaj; życie, to coś co warto wygrać;)
To mnie pocieszyłeś- czyli czas nie jest tutaj przeszkodą .Dobrze wiedzieć,że nigdy nie jest za późno na nic.
czlowiek napisał/a:
Evi
a moze poprostu miejsce w ktorym mieszkasz dziala tak na ciebie przyznam sie ze mieszkam pod warszawa i czesto musze w niej bywac ale jak juz wroce do domu czuje sie lepiej poprostu mniej ludzi mniej pytan inny ped zycia , nie którakie e miasta maja cos w sobie ze przytlaczaja sa wrecz nachalne natlok informacji , ludzi i sam widok tjest moje zdanie.
A ja to odczuwam trochę inaczej, tzn wiadomo,że źle się czuje ogólnie w towarzystwie ludzi i nieważne czy w dużym mieście czy to będzie gdzieś w mniejszym czy nawet na wsi.
Natomiast czuje się lepiej w jakimś dużym mieście bo przeciez tam nikt cię nie zna, jesteś anonimowy, nie ma tam znajomych ,sąsiadek i ludzi których nie chcielibyśmy spotykać itp., możesz wtopić się w tłum. Ja czasami też jeżdże do warszawy (oczywiście nie z własnej woli) no i najlepiej czuje się jak już jestem w domu ale to u mnie norma . Mieszkam w takim średniej wielkości mieście i tez nie czuje się tam dobrze a można by rzec,że fatalnie. Zastanawiam się czy jest wogóle takie miejsce w którym czułabym się dobrze?
Są we mnie sprzeczności - mój wygląd zewnętrzny zaprzecza mojej psychice- czyli nie che się wyróżniać z tłumu i żeby ktokolwiek na mnie patrzyl ale ubieram się wręcz przeciwnie .Rzucam się w oczy (oczywiście nie chodze w mini i dekoldzie do pępka!), ale ubieram się jak osoba zdecydowana, pewna siebie ,odważna a w środku jest nie pasujące do tego całkowite przeciwieństwo tych cech.Cholera czasem tak sobie myślę,że jedyną rzeczą która tu nie pasuje do takiego wyglądu jest moja osoba.
<Zastanawiam się czy jest wogóle takie miejsce w którym czułabym się dobrze? >
Jesli nie bedziesz walczyc z fobia, nie znajdziesz takiego miejsca. Gdziekolwiek zamieszkasz, wszedzie pojawia sie chocby sasiedzi:-)
Tez czasem sie zastanawiam, czy to mozliwe zwalczyc unikanie. Np. dzis nie poszlam w jedno miejsce, bo nie bylam tam juz dawno i balam sie reakcji osob, ktore spotkam. Mimo, ze na facebooku zaznaczylam, ze sie tam wybieram...
I rozumiem, co to znaczy obawiac sie wszelkiej krytyki.
Rewolucji nie bedzie, ale mozesz pokonywac fs malymi kroczkami. Zaloz sobie jakis cel realny do wykonania; jesli np. boisz sie wyjsc do sklepu, to na poczatek okraz sklep, nie wchodzac do niego, ale wyjdz z domu.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach
Fobia Społeczna - Socjofobia - Fobia Forum - Forum Fobia - Depresja - Zaburzenia Lękowe - forum dyskusyjne na temat fobii społecznej (socjofobii), niesmiałosci, fobii, depresji, zaburzeń lękowych i innych problemów psychologicznych.