Wysłany: Nie 29 Sty, 2012 11:31 Z "normalnego" do fobika...
Nie wiem w sumie jak to nazwać, ale może zacznę tak. Większość osób z fobią raczej od zawsze była nieśmiała itp, mnie ciekawi czy znajdą się tu osoby, które kiedyś były śmiałe, przebojowe, a teraz się meczą z fobią..
Myślę, że takie historie muszą być dość ciekawe.. no bo, czy naprawdę tak łatwo jest "zachorować", stracić znajomych itp? A może jednak trzeba mieć do tego jakieś "predyspozycje"?
Takie historie o jakich piszesz myślę, że są dość częste. Akurat nie dotyczy to mnie osobiście, ale wiem, że fobia może się pojawić w każdym wieku. Po prostu różne czynniki mogą mieć na to wpływ, różne sytuacje w życiu, i nagle trach - wszystko zaczyna się walić. A wpadając w fobię to już takie błędne koło, które samo się nakręca. U mnie zresztą też nie było tak że fobia była od samego początku, przynajmniej takie przemyślenia mam od jakiegoś czasu. Tzn. od zawsze byłem osobą małomówną, skrytą, w jakimś sensie tak zostałem wychowany, i to były czynniki, które sprawiły, że fobia mogła się u mnie rozwinąć. Tak więc pierwsze lata życia po prostu przygotowały grunt pod to co nastąpiło później. I sądzę, że u osób, które są śmiałe, przebojowe, a potem pojawia się fobia, w jakimś sensie też gdzieś musiały wcześniej powstać czynniki, które sprawiły, że potem gdy pojawiała się jakaś sytuacja spowodowały wybuch fobii społecznej. Ale oczywiście to tylko takie moje przemyślenia Teraz pora by się wypowiedział ktoś przebojowy, kto potem złapał fobię.
Też chętnie bym poczytał takie historie.
U mnie akurat predyspozycje było widać od dzieciństwa, zawsze byłem aspołeczny. Najlepszy okres był chyba w wieku około 14 lat. Po przeprowadzce do nowej miejscowości znalazłem 3 dobre koleżanki, zawsze siedzieliśmy na dworze do samej nocy. A to rower a to sanki, zawsze było co robić. Pamiętam że wtedy byłem przez jakiś czas "normalny", najszczęśliwszy okres w moim życiu. Później znów przeprowadzka i kupno komputera. Jako że w nowym miejscu nikogo nie znałem to gry online zastępowały mi znajomych i tutaj już była kompletna izolacja od rzeczywistości, przestałem się uczyć, zagrożenia, wagary(nie miałem żadnego kolegi i czułem się jak idiota w szkole).
Ogólnie to do 16~ roku życia przeżyłem chyba 7 przeprowadzek, nigdy nie miałem okazji stworzyć swojej paczki przyjaciół i nie nauczyłem się kontaktów z ludźmi.
Do tego doszły jeszcze awantury w domu i bycie ofiarą klasową.
No i teraz jest jak jest, wątpię że da się z tego wyjść w moim przypadku bo taki byłem prawie od zawsze i taką mam osobowość.
Ja zdałam sobie sprawę z tego, że mam fobię dopiero w liceum, aczkolwiek już w gimnazjum zauważyłam, że coś ze mną nie tak. Niemniej jednak to dopiero w szkole średniej uzmysłowiłam sobie, że moje zachowanie nie należy do normalnych. Najpierw postanowiłam wyszukać w sieci informacji na temat czerwienienia się twarzy bo zaobserwowałam, że w sytuacjach stresowych i wstydliwych dla mnie moje policzki płoną. Gdy już się bardziej zagłębiłam w ten temat, okazało się, że istnieje coś takiego jak erytrofobia i jest to jeden z czynników wskazujących na fobię społeczną. Później, analogicznie, postanowiłam zapoznać się z tym pojęciem bliżej. Gdy to przeczytałam to aż padłam z wrażenia, bo te wszystkie objawy opisywane w notatkach były mi nadzwyczaj znajome Potem wpadłam na to forum...
Ale... czy byłam kiedyś normalna? Patrząc wstecz, teraz widzę, że będąc kilku letnim dzieckiem zachowywałam się dokładnie tak samo tyle, że... nie zauważałam tego i nie zaprzątałam sobie tym głowy. Zawsze był stres podczas publicznych wystąpień (recytacja, referat, odpowiedź, dojście do tablicy na matmie), w momencie, gdy jakiś kolega mnie zaczepiał lub gdy miałam sama załatwić jakąś sprawę, gdzieś zadzwonić... ale jakoś udawało mi się to przetrwać. Dopiero gdy dojrzałam i przestałam być beztroska, problem na dobre się we mnie zakorzenił...
Kojarzę parę takich historii min. z tego forum. IMO jak najbardziej możliwe - może być spowodowane traumatycznymi zdarzeniami lub predyspozycjami genetycznymi.
Ja od dzieciaka byłem nieśmiały, pamiętam jak zawsze uciekałem przed aparatem fotograficznym, nie potrafiłem rozmawiać z dalszą rodziną, z rówieśnikami raczej też nie ;p Sytuacja trochę się zmieniła pod koniec podstawówki, gdzie stałem się bardziej otwarty, gimnazjum bardzo dużo nowych znajomości nie tylko w szkole i było całkiem ok, chociaż byłem ciągle nieśmiały w stosunku do kobiet. Liceum w sumie podobnie, chociaż jeszcze lepiej pod względem znajomości i dziewczyn, mimo że nigdy nie byłem wielce przebojowy, czasem stałem z boku i miałem gdzieś innych :p Ale o fobii się dowiedziałem przez właśnie bardzo wielką nieśmiałość do dziewczyn, przez to zacząłem zwracać uwagę na nowo poznanych ludzi i zauważyłem że nie jest zbyt dobrze. Nigdy nie uważałem siebie za odludka, miałem bardzo dużo fajnych sytuacji w życiu i to z wieloma ludźmi ... W każdym razie coś się stało, że teraz zostałem praktycznie sam i się boje ... Właśnie 10minut temu napisała do mnie koleżanka czy idę z nią i jeszcze z inną kumpelą na piwo ( nie widziałem ich dość długo ) i nie jest mi prosto się odważyć tam iść ... ;P Czasem mam tak, że na takie propozycje lece od razu, a czasem mam tak że przeklinam siebie samego za odmowy i izolowanie się ...
_________________ Od życia każdy ma tyle ile sam sobie weźmie !!
Od urodzenia byłem śmiały, pozytywny i przebojowy - to wszystko miało miejsce w podstawówce i latach temu towarzyszących. Zero problemów z gadaniem z kimkolwiek, ale to był też taki czas "nieświadomości" i braku analizy wszystkiego przez mój, obecnie, chory mózg. Gimnazjum... poznałem paru kumpli, chociaż jakoś się nie starałem. Z dziewczynami się wiele nie działo. Byłem w 1 gim jeszcze normalny, niekiedy miewałem jakieś 'fobiczne' sytuacje. Im mijał czas, tym bardziej popadałem w jakieś dziwne zwyczaje. Od 3 gimnazjum coraz mniej wychodziłem z domu, stresowałem się wyjściem do sklepu, nie brałem udziału w żadnych balach etc... nie wiem skąd i jak to się wzięło. Później jakoś w to brnąłem i stawało się coraz gorzej. Pamiętam jak jeszcze w gimnazjum, zaciągnąłem się z kumplem i poznałem dwie dziewczyny... nie wiem jak to uczyniłem, ale się nie schizowałem. Później mi się to robiło, bałem się ludzi, wyjść, a najbardziej stresowała mnie rodzina. Do tego jak byli jacyś goście w domu, bałem się robić jedzenie, bałem się pytań i takie tam. Po prostu zwykłe fobiczne lęki. Właściwie to miałem je od zawsze i nadal je mam, ale pogorszyło się w innych sferach. Stałem się bardziej aspołeczny, nadal brakuje mi pewności siebie; może nabrałem większego luzu dzięki podejściu "mam to gdzieś", ale często brakuje pewności siebie i oduczwam stres w wielu sytuacjach. Ogólnie u mnie to tak im dalej w las, tym większe zachowanie socjofobiczne. Nie jestem jakiś przesadnie nieśmiały, że siedzę sam na korytarzu i tak dalej, ale mam wiele 'pobocznych' problemów, stałem się bardzo aspołeczny i praktycznie nie mam dobrych znajomych.
EDIT: Właściwie jak tak patrzę do tyłu, to zawsze byłem jakiś inny, ze względu na swoje zachowanie i pewną niepospolitość. Może to były już jakieś zalążki fobii, tak czy siak na początku mojego "pięknego" życia było całkiem miło. Ale im dalej, tym gorzej w tej sferze. Nie lubię wycieczek (się zrobiło), nie chodzę w krotkich spodenkach (fobia/było), często podchodzę do wielu spraw lekceważąco (się zrobiło), nie robię tego co wszyscy (się zrobiło), peszę się jak widzę kogoś z rodziny gdzieś (się zrobiło), boję się wystąpień przed paroma osobami (się zrobiło)... i takie tam.
Ostatnio zmieniony przez asior34 Nie 29 Sty, 2012 21:30, w całości zmieniany 1 raz
Wiek: 24 Dołączyła: 15 Sie 2009 Posty: 3199 Skąd: z lasu
Wysłany: Nie 29 Sty, 2012 21:55
Do 6 klasy szkoły podstawowej byłam może jakoś nie super pewna siebie,ale i nie miałam większych problemów z brakiem tejże pewności;pamiętam jak w podstawówce (miałam wtedy około 8 lat) śpiewałam piosenkę,a cała sala była pełna dzieci i ich rodziców (to było jakieś przedstawienie,a po nim spotkanie z Mikołajem i Mikołaj spytał,czy coś zaśpiewam /powiem wierszyk, no to zaśpiewałam),podobno wszędzie było mnie pełno,jak byłam jeszcze młodsza;nie miałam też problemów z zawieraniem znajomości (co najmniej raz w roku jeździłam na obóz bądź kolonie),nie miałam co prawda tłumów znajomych,ale kilku dobrych było,no i przyjaciółka też była.
Wszystko zmieniło się po przeprowadzce i pójściu do gimnazjum-szkoła gimnazjalna to według mnie jedna wielka pomyłka...
_________________ "Kobiety i koty zawsze będą robić to, co chcą, a mężczyźni i psy powinni się zrelaksować i powoli oswajać z tą myślą. "- Robert A. Heinlein
"Od smutków życia są dwie ucieczki: muzyka i koty." - Albert Schweitzer
Ostatnio zmieniony przez czarownica Nie 29 Sty, 2012 21:57, w całości zmieniany 1 raz
Zawsze byłem nieśmiały i dziwny. Choć widzę powolną ewolucję do coraz bardziej normalnego stanu, następuje ona zbyt powoli i nie nadążam za otwartymi rówieśnikami...
W wieku kilku lat i w przedszkolu byłem dziwacznym dzieckiem, co przyznają nawet rodzice (a jeśli nawet oni tak twierdzą to znak że coś się działo ). Generalnie- jedna wielka symfonia płaczów, ryków, uciekanie przed wiertarkami, głośnymi dźwiękami, dentystami, strach przed rówieśnikami- modlę się żebym nie miał takiego dziecka
W podstawówce byłem 100% kujonkiem. Cichy, grzeczny chłopczyk, który w wieku 7 lat przeczytał kilkusetstronową encyklopedię (serio!) i płakał gdy dostał 4+ a nie 5 :F
Był pewien szczęśliwy okres w którym byłem spełnionym dzieckiem i wszystko fajnie szło- od 3 do 5 klasy podstawówki. Wtedy miałem nadspodziewanie dużo kolegów, klasowe dusze towarzystwa zapraszały mnie nawet do zabaw i niestety zmarnowałem szansę na bycie otwartym człowiekiem. Ze strachu.
W szóstej klasie wszystko zaczęło się walić. Z tego co pamiętam, przez całą 6 klasę próbowałem rozpaczliwie zyskać popularność i śmiałość, co mi nie wychodziło, w tym samym okresie zepsułem relacje ze starymi kolegami, w związku z nadchodzącą zmianą szkoły pojawiła się u mnie potężna fobia społeczna i ucieczka w świat komputera- masakra.
W gimnazjum pamiętam że pierwsze półrocze było dziwne, bo byłem śmiały i otwarty- niestety to dlatego że byłem błaznem klasowym i robiłem za idiotę
Potem się ustatkowałem. W sumie gimnazjum było przyjemnym okresem- wspaniale się czułem w gronie 3 przyjaciół, poza tym mało się odzywałem w szkole, ale było OK.
Obecnie, niby wszystko jest OK na zewnątrz, mam trochę znajomych i ludzie mnie lubią... Ale w środku... Zdycham pod ciężarem fobii i bólu. No, może teraz trochę przesadzam bo jestem przeziebiony i mam zły humor, ale generalnie przeżywam ciężkie czasy :I
_________________ Jedyne czego należy się bać, to strach.
Akurat chyba zawsze byłem nieśmiały i stroniłem od ludzi. W podstawówce tego się nie czuło, bo wtedy wszyscy lubili wszystkich, więc nigdy samemu nie byłem. W gimnazjum miałem szczęście, że trafiłem na śmiałych ludzi (znaczy się szczęście... wpływ towarzystwa sprawił, że spadłem z paska do średniej 3,0), więc jakoś tak byłem w "paczce". W liceum już mocniej czułem, że coś ze mną nie tak, ale akurat trafiłem na klasę wyrzutków, więc czułem się jak u siebie. Chyba mój najlepszy okres w życiu.
Za to studia to już miejsce dla odważnych i towarzyskich ludzi. Dopiero tutaj czuję, że fobia daje mi w kość.
Ja natomiast u siebie zaobserwowałam , że zawsze miałam problemy w nawiązywaniu kontaktów w szkole ,choć w podstawówce miałam pełno znajomych i brałam udział w różnych konkursach - to i tak nie czułam się tak swobodnie jak na podwórku czy w różnych świetlicach młodzieżowych, natomiast ogromne pogorszenie nastąpiło po przejściu do gimnazjum do którego dołączyła jeszcze przeprowadzka - w gimnazjum praktycznie przestałam się do kogokolwiek odzywać , co dziwne na nowym osiedlu nie miałam problemów z nawiązywaniem nowych znajomości ,miałam nawet taką grupkę wśród której można byłoby mnie uznać za duże towarzystwa , potem doszła kolejna przeprowadzka i zmiana gimnazjum - do którego wraz ze mną poszedł mój brat i chodziliśmy do tej samej klasy, tam nic się nie zmieniło oprócz tego że mój brat uchodził za duszę towarzystwa ja natomiast za totalnego odludka z ktorego się wszyscy nabijali , utraciłam dodatkowo wszystkie znajomości z poprzedniego miejsca zamieszkania i pozostała mi jedynie męczarnia w szkole, w szkole średniej podobnie , doszło do tego coraz rzadsze wychodzenie z domu - a nawet jakby strach przed tym , na razie studia mam odłożone na przyszły rok -więc mam nadzieje że uda mi się choc trochę z tego wyleczyć.
Wiek: 18 Dołączył: 04 Mar 2011 Posty: 153 Skąd: Łódź
Wysłany: Wto 31 Sty, 2012 10:45
Ja np. zawsze byłem nieśmiały, ale moja fobia zaczęła wychodzić na wierzch pod koniec gimnazjum, żeby w liceum obnażyć mi swoje oblicze w pełnej okazałości ;P
Choć nigdy nie byłem śmiały, zawsze byłem takim "liderem" w grupie moich rówiesników. W przedszkolu wszyscy się chcieli ze mną bawić, w podstawówce, a nawet jeszcze w pewnym stopniu w gimnazjum, ludzie chcieli ze mną spędzać czas, siedzięc ze mną w ławce etc. zawsze miałem duży wpływ na nich i ludzie słuchali z uwagą tego co mam do powiedzenia.
No, ale w tym okresie przejściowym z gimnazjum na liceum coś zaczęło się psuć. Wydaję mi się, że ta moja pewność siebie (bo chyba można być równoczesnie niesmialym i "pewnym siebie"? ;p) zaczęła być poddawana w niepewność. Swoję takie swego rodzaju "uczucie delikatnej wyższości" nad rówieśnikami miało u mnie zawsze swoje źródło w fakcie, że inni są tacy jak ja, mają te same lęki itp. ale ja jakby potrafię to ukryć i sobie z tym radzić, więc mogę być spokojny. To poczucie pewności zostało zaburzone, gdy zacząłem zauważać, że innym naprawdę nie sprawia żadnych problemów np. pojscie na dyskoteke, czy takie chodzenie z dziewczyną. Zacząłem rozumieć, że moje lęki nie są normalne, a inni wcale nie muszą ich ukrywać, więc to moje poczucie, że jestem taki trochę zawsze "o jeden krok do przodu" zaczęło się rozwiewać. Naglę ci, od których zawsze w pewnym sensie czułem się trochę "lepszy" zaczęli zostawiąc mnie w tyle w tym jakimś wyimaginowanym wyścigu, w którym zadaniem jest przełamywać coraz to "straszniejsze" lęki społeczne. Zacząłem się powoli wycofywać w obawie perzed jakimś niby wielkim ośmieszeniem, które dziś wiem, że nie mogło nastąpić, bo ludzie bez fobii myślą zupełnie innymi torami i dla nich coś takiego jak moja rzekoma "gra kogoś niby pewnego siebie" to zupełna abstrakcja. Właśnie dlatego teraz nie mogę odzyskać tej pewności siebie - poprostu stan mojego dobrego samopoczucia wiąże się z tym, że czuję, że jakby okłamuje innych i samego siebie. Poprostu pewna "sfera" mojego sposobu myślenia od zawsze była niepoprawna i oparta na nie do konca racjonalnych myślach. Teraz staram się powoli widzieć świat taki jaki jest, a dzięki racjonalnej analizie rzeczywistości zaczyna mi to wychodzić coraz lepiej
Może ktoś coś z tego zrozumie, bo możliwe, że chyba nie dokońca jasno udało mi się wyraźić
_________________ Miłego dnia! Chyba, że masz inne plany…
Miałem długą wiadomość ale niechcący kliknąłem coś. Więc krótko:
Zawsze byłem nieśmiały i w pewnym stopniu dziwny. Nie umiałem się zachować w towarzystwie ,a zwłaszcza gdy w grupie był ktoś "dominujący" czyli pod jakimś względem lepszy ode mnie np silniejszy, zabawniejszy itp. Mimo tego aż do liceum byłem duszą klasy. Wszystko się zmieniało coraz większe traumy - upokorzenia publiczne, załamki, spadek wartościowości.
Pogodziłem się z tym ,że od zawsze byłem nonkonformistą. Innych to przyciągało, chcieli się kolegować z kimś takim. Problem w tym iż nonkonformista musi potrafić radzić sobie z krytyką i byciem w centrum uwagi. Bycie w centrum uwagi wiąże się z koniecznością odpierania ataków ze strony innych ,a ja tego nie potrafiłem i wolałem sobie darować. A strach przed opinią innych narastał. Uświadomiłem sobie ,że nie będe się zmieniał dla własnej wygody bo bycie takie jak inni bardzo mi nie odpowiada. Więc robie co lubie i nie przejmuje się innymi. Mogą mnie mieć za frajera ale co z tego i tak ich opinia się nie liczy. Nie jest jeszcze idealnie ale jest lepiej, przynajmniej nie paraliżuje mnie przy innych.
I jeszcze wzmianka o komputerze i jego wpływie na fobików. Ostatnio dostałem bana w grze online w którą gram 3-4h dziennie. Kilka dni później *** się monitor. Postanowiłem wyjść ,spotkałem znajomych. Pogadaliśmy. Następnego dnia poszedłem z nimi na basen. Wszystko lepiej poszło, mniej stresu. Komputer to ucieczka od wszystkich strachów ,a to nie jest wyjście.
A teraz moje przemyślenia:
Zawsze się spiesze bo wiele rzeczy jest w życiu do zrobienia i nie ma czasu na takie rzeczy jak fobia społeczna. Intensywnie myślałem nad tym co z tym zrobić. Leki i psychiatra nie mają szans w wyleczeniu tego syfu. Wszystko jest zawarte w mózgu. Trzeba znaleźć przyczynę czemu tak jest i ją z dużym zapałem zlikwidować. "Przestawić" swoje myślenie. Tutaj tkwią wszystkie powody fobii.
Ostatnio zmieniony przez Kertoip Wto 31 Sty, 2012 18:15, w całości zmieniany 1 raz
U mnie to było zupełnie inaczej niż u was. Nie wiem właściwie jak to wyjaśnić, żeby nie zabrzmiało zabawnie.
Ja zawsze byłam "odważna". Nigdy nie miałam problemu z nawiązywaniem kontaktów, zawsze umiałam się obronić, przygadać (nie byłam klasową ofiarą, typem kozła ofiarnego). Do czasu...
Mój ojciec mieszkał zagranicą dość długi czas, potem zabrał nas do siebie i taka Cate, która "ani be ani me" po angielsku wylądowała w Irlandzkiej szkole zaczęła być nieśmiała, zamknięta w sobie.
Nie umiałam dogadać się z Polakami z mojej szkoły, bo oni byli inni. Nie ta muzyka, nie te imprezy, nie te tematy.
Dopiero po skończeniu szkoły, zdaniu matury i po skończeniu kursu "na sekretarkę" otworzyłam się trochę. Fobia jest ze mną, od czasu, kiedy mieszkam w Irlandii. I nie ważne, że mówię już po angielsku praktycznie biegle, fobia jest nadal. Myślę, że to przez "szok" kulturowy i językowy. Szok minął, fobia została.
Moja walka z fobią polega na tym, że szukam pracy w biurach. Tam ciągle ma się kontakt z ludźmi, trzeba się komunikować. To pomaga. Teraz dostałam staż w biurze, więc jest dobrze .
I choć nadal ciężko mi utrzymywać znajomości, bo ludzie ode mnie uciekają (nie lubią tych samych rzeczy, mają inne poglądy), to ja nadal walczę. Zamykanie się w domu nic nie da. Tak więc, jeśli macie szanse, idźcie na jakieś kursy, pracujcie tam, gdzie musicie mieć kontakt z ludźmi. To naprawdę pomaga.
Dodam jeszcze jedną rzecz, której w fobii nie zwalczyłam i chyba mi się to nie uda. To było we mnie od zawsze, ale potem się nasiliło i zatruwa mi życie. W piątek skończyłam kurs i mieliśmy "obiad", żeby każdy mógł się z każdym pożegnać, porozmawiać. I nie umiem jeść przy kimś. Ze wszystkich talerzy znikały przekąski, a mój był nadal pełny. Zjadłam tylko to, co nie trzeba kroić . Na pytanie czemu tak mało jem, wykręciłam się, że na śniadanie jadłam pizzę. Uwierzyli. To jest krępujące. Przezwyciężyłam prezentację, wywiady i rozmowy kwalifikacyjne, a jeść przy kimś nie umiem. Ewentualnie herbata, jakieś ciastka, mini śniadanie. Ale obiad nie przejdzie. Kurde, też tak macie?
"Tak więc, jeśli macie szanse, idźcie na jakieś kursy, pracujcie tam, gdzie musicie mieć kontakt z ludźmi. To naprawdę pomaga."
Jednemu pomaga drugiemu zaś zaszkodzić może - u mnie było tak że im więcej wychodziłem tym więcej przegrywałem.
Wynikło to z tego że przez pół życia żyłem nie zdając sobie sprawy w stanie "leku panicznego" z wszelkimi jego konsekwencjami.
Obecnie rzeczywiście wychodzenie do ludzi pomaga - choćby do pracy.
Napisałem ten post dla tego że terapia "przełamywania się" niestety nie wszystkim pomoże - tak tylko się może wydawać osobą z "zewnątrz" i tyle.
P.S.
Z jedzeniem to mam identycznie - nie usiądę nigdy do stołu(na trzeźwo), nawet gdyby to miała by być moja najblizsza rodzina
_________________ The World is Yours...
Ostatnio zmieniony przez Phobos Pią 03 Lut, 2012 14:53, w całości zmieniany 1 raz
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach
Fobia Społeczna - Socjofobia - Fobia Forum - Forum Fobia - Depresja - Zaburzenia Lękowe - forum dyskusyjne na temat fobii społecznej (socjofobii), niesmiałosci, fobii, depresji, zaburzeń lękowych i innych problemów psychologicznych.