Wysłany: Pią 02 Gru, 2011 12:48 Utrata najlepszego kumpla
Witam,
Od dawna przeglądam fora o fobii społecznej, jednak dopiero teraz się zarejestrowałem i postanowiłem napisać, co znaczy, że jestem bardzo zdesperowany i potrzebuję pomocy.
Odkąd pamiętam, zawsze miałem problemy w kontaktach z ludźmi. Rzadko się zdarzało, że wchodziłem z kimś w jakąś bliższą relację, raczej były to znajomości na wymienienie paru słów i nic więcej, prawie nie wychodziłem z domu. Miałem jednak szczęście i w liceum poznałem *** kumpla, który bardzo mi z tym wszystkim pomógł. Dzięki niemu otworzyłem się na ludzi, zacząłem wychodzić spotkać się z ludźmi, chodzić na imprezy, udzielać się, itp. Mogłem mu powiedzieć praktycznie o wszystkim mając pewność, że zrobi wszystko, co w jego mocy, żeby mi pomóc.
Kiedy zbliżała się matura, a po niej studia, to ponieważ obaj planowaliśmy wyjechać na studia do tego samego miasta, postanowiliśmy, że razem poszukamy jakiegoś mieszkania. To on wyszedł z tą inicjatywą, a ja bez głębszego zastanowienia się zgodziłem, ponieważ rodzice postawili mi ultimatum - nie będę mieszkać z kimś obcym. Albo znajdę sobie kogoś znajomego do mieszkania, albo nie wyjadę i pójdę na uczelnię bliżej mojego miasta, do której będę mógł dojeżdżać. Minęło trochę czasu, dowiadywaliśmy się, jak wygląda wynajmowanie mieszkań w tym mieście, na początku bez żadnych konkretów.
Kiedy w połowie lipca otrzymaliśmy wyniki rekrutacji i już wiedzieliśmy, że obaj się dostaliśmy, chciałem znaleźć mieszkanie jak najszybciej, jednak kumpel ciągle z tym zwlekał, znajdując coraz to nowe powody, że on jeszcze nie wie, że na pewno tam pójdzie na studia, że jemu się nie śpieszy, że jak chcę mieć mieszkanie już, to mogę sobie szukać sam. Kiedy w końcu udało mi się go namówić, żeby pojechać i pooglądać konkretne mieszkania, to problem niestety nie został rozwiązany, bo mimo wielu obejrzanych mieszkań, na żadne nie mogliśmy się zdecydować, planowaliśmy następny wyjazd w celu szukania mieszkania, ale oczywiście znajdowały się powody, żeby to opóźnić, żeby nie jechać. Wtedy zaczęło się między nami pogarszać. Ja zacząłem się spinać o to wszystko, zaczynałem kłótnie, wyrzucałem mu, że niepotrzebnie mi proponował szukanie mieszkania razem, skoro teraz wygląda na to, że wcale tego nie chce. Kiedy przez internet mi nie odpowiadał, non-stop do niego wydzwaniałem, wyzywałem go, obrażałem, kilka razy nawet powiedziałem, że to koniec znajomości. Na szczęście za każdym razem po jakimś czasie się godziliśmy. Mieszkanie w końcu znaleźliśmy, podpisaliśmy umowę i już byłem spokojny, myślałem, że wszystko będzie dobrze.
Pojechaliśmy na obóz integracyjny z uczelni i niestety znowu się zaczęło. Zapowiadał się fajny wyjazd, ale przez te kłótnie związane z mieszkaniem coś we mnie pękło i już nie miałem oporów w kłóceniu się o wszystko, co mi się nie spodobało. Przeszkadzały mi różne rzeczy, co momentami było wręcz żałosne, bo spinałem się na przykład o to, że wolał spędzić trochę czasu z jakimiś innymi ludźmi, a jak pytałem, czy mogę dołączyć, odpowiadał, że nie. A miał powody, bo spędzał w moim towarzystwie dużo czasu i mógł mnie mieć trochę dość. Kiedy powiedział coś niemiłego, to też mu nie dawałem spokoju, nawet kiedy w końcu powiedział 'przepraszam', zarzucając mu, że to nie było szczere. Obóz skończył się raczej w zgodzie, jednak potem okazało się, że nie do końca. Do samego końca wakacji ani razu nie chciał już ze mną nigdzie wyjść, widywaliśmy się jedynie kiedy było coś związanego z mieszkaniem - odebranie kluczy, przywiezienie rzeczy itd. To też mi przeszkadzało i o to też wielokrotnie się z nim kłóciłem.
Jego argumentem, dlaczego nie chciał ze mną nigdzie wyjść, było to, że od października będzie mnie miał na co dzień, przyjąłem ten argument, obiecałem sobie i jemu, że jak zaczniemy razem mieszkać, to to się skończy i więcej się spinać nie będę. Niestety, nie udało się. Przez jakiś czas ani ja, ani on nie znaliśmy tu zbyt wielu ludzi, dlatego w mieszkaniu czas spędzaliśmy razem, a jak gdzieś wychodziliśmy, to też razem. Ale na studiach poznaje się nowych ludzi i to mi przeszkadzało. Znowu się o wszystko kłóciłem, jednak tym razem było to dla niego dużo bardziej męczące. Do tej pory mógł się wylogować, wyłączyć telefon, czy wrócić do siebie, jeśli gdzieś wyszliśmy. Teraz mieszkaliśmy razem i już takiej możliwości nie było. Gdy coś mi się nie spodobało, to parę razy zdarzyło się, że waliłem pięściami w drzwi do jego pokoju, rzucałem w niego przedmiotami, wyłączałem bezpieczniki i to czasem w środku nocy, czy nad ranem. Patrząc z perspektywy czasu, podziwiam go za jego cierpliwość, bo niejeden już dawno by nie wytrzymał i się wyprowadził. Ale po dniu/dwóch wszystko dochodziło do normy, zachowywaliśmy się znowu jak dobrzy kumple. Kilka dni temu minęło już parę tygodni bez żadnej spiny i to było dla mnie powodem do zadowolenia - znów wszystko się układało, wierzyłem w to, że minie ten rok i dalej będziemy chcieli ze sobą mieszkać, bo kiedy nie było spin, to było naprawdę dobrze.
Było to złudna nadzieja. Coraz częściej, kiedy szedł na jakąś imprezę, a ja pytałem, czy mogę pójść z nim, odpowiadał, że dzisiaj nie, że może kiedy indziej, bo nie mogę być jedyną osobą, z którą się spotyka. Tyle, że tak było za każdym razem, kiedy wychodził. Parę razy mu to wyrzuciłem, ale na spokojnie i bez agresji i obiecywał, że w końcu gdzieś wyjdziemy. Tyle, że jak kolejny raz powiedział, że nie mogę, to w końcu znowu puściły mi nerwy, ale tym razem przekroczyłem wszelkie granice, mało brakowało, a bym go pobił. I tym razem już nie zakończyło się zgodą. Stwierdził, że nie może mieszkać w takich warunkach, że potrzebuje spokoju i że się wyprowadza. Podobno podjął już ostateczną decyzję i nie ma szans, żeby ją zmienić. Ma mi dać znać, kiedy znajdzie mieszkanie, wtedy od wypowiedzenia umowy mam miesiąc, żeby znaleźć nowego współlokatora.
Nie wiem, czy to jest na serio, czy mówi to tylko pod wpływem emocji. Porozmawiać o tym nie chce, zawsze tłumaczy się tym, że nie ma czasu, mimo że tak naprawdę nie jest niczym zajęty. Tłumaczenie, że to same problemy, bo w środku semestru nie znajdzie się już dobrego mieszkania w dobrej cenie, że przeniesienie rzeczy to jest duża strata czasu, że ja mogę mieć problemy ze znalezieniem współlokatora, nic nie daje. Przeprosin nie przyjmuje, nie chce żadnego upominku na przeprosiny. Postanowiłem, że pójdę z tym do psychologa, bo wiem, że mam problem z kontrolowaniem emocji, że jestem niezrównoważony, itp. Jemu powiedziałem, że już u psychologa byłem, że mi wszystko wyjaśnił, że wiem, jaki mam problem, znam metody, by się kontrolować i taka sytuacja się więcej nie powtórzy. Powiedział tylko, że cieszy się, że wreszcie coś z tym zrobię, ale na zmianę jego decyzji nie ma szans.
Proszę o rady, co mogę zrobić, żeby jeszcze zmienił zdanie. I nie mówcie, że skoro on nie chce już się ze mną zadawać, to nie warto się przed nim płaszczyć, bo to ja to zepsułem i chcę, w miarę możliwości, naprawić. Wiem, że moje zachowane jest żałosne, że przez to wszystko nie zasługuję na takiego kumpla, jednak nie potrafię o tym wszystkim zapomnieć, bo za bardzo mi na nim zależy
Najlepsze co możesz zrobić to właśnie przestać się przed nim płaszczyć. Nie dziwię się twojemu kumplowi, że chce się wyprowadzić, spie*rzyłeś sprawę i tyle. Teraz ze swojej strony nie poruszaj tematu, jeżeli on poruszy temat to powiedz, że szanujesz jego decyzję i nie ciągnij rozmowy. Paradoksalnie masz w ten sposób większe szanse, by się rozmyślił, niż gdybyś go o to błagał. Nie nastawiaj się jednak na to, tylko spróbuj się od niego oduzależnić. Na dłuższą metę taka relacja będzie dla ciebie szkodliwa, kiedyś znowu coś się popsuje i okaże się, że zupełnie nie dajesz sobie bez niego rady. Rozwiązań swoich problemów towarzyskich musisz szukać w sobie, kumpla traktuj raczej jako dodatkowe wsparcie, a nie główny filar swojego życia. Przez taką znajomość tracisz godność, a bez godności trudno ci będzie wyjść na prostą w życiu towarzyskim. Jeżeli się wyprowadzi, a ty przyjmiesz to ze spokojem, to może nie stracisz kumpla.
Ostatnio zmieniony przez Neurotyk91 Pią 02 Gru, 2011 14:33, w całości zmieniany 2 razy
Wiem, że *** i wstydzę się tego. Problem w tym, że jest środek semestru. Mam znikomą szansę na znalezienie teraz kogoś do mieszkania, a nie stać mnie na płacenie za dwóch, więc prawdopodobnie będzie się to wiązało z koniecznością zakończenia studiów i powrotu do domu. Próbowałem go przekonać, żeby poczekał z tym chociaż do końca semestru, ale nic z tego.
przykro mi to mówić, ale on nie zmieni zdania. już cię skreślił, nie naprawisz tego.
musisz się z tym pogodzić i potraktować całą sytuację jako lekcję na przyszłość.
co do mieszkania, to domyślam się że teraz może nie być łatwo znaleźć współlokatora, ale próbuj, rozwieś ogłoszenia na tablicy ogłoszeń na uczelni, jeśli masz fejsbuka to możesz z niego skorzystać, a nuż ktoś się znajdzie (bo np. nie może już wytrzymać ze swoim współlokatorem i z chęcią przeniesie się do ciebie).
natomiast strata przyjaciela będzie boleć pewnie jeszcze długo. wydaje mi się jednak że za bardzo go idealizujesz. byłam w podobnej sytuacji, też przez swoje idiotyczne zachowanie zniszczyłam świetną znajomość, a ocknęłam się dopiero jak już było za późno, przy czym sposób w jaki ta osoba zakończyła znajomość i jak mnie potraktowała, jest godzien pożałowania i potępienia.. było ciężko, właściwie nadal jest, ale z czasem będzie coraz lepiej. weź kartkę i wypisz wszystkie wady tego kolegi, wszystkie jego irytujące zwyczaje, wszystkie sytuacje w których zachował się nie w porządku, i powtarzaj sobie to codziennie z myślą że już więcej nie będziesz musiał tego znosić. najważniejsze żebyś przestał myśleć w taki sposób jak tu poniżej:
pawcio007 napisał/a:
Wiem, że moje zachowane jest żałosne, że przez to wszystko nie zasługuję na takiego kumpla
bo to jest destrukcyjny sposób myślenia i do niczego dobrego cię nie doprowadzi. nie wymusisz na nim zmiany zdania, a im bardziej się płaszczysz tym bardziej utwierdzasz go w przekonaniu że musi się wynieść.
to nie miłość żeby o nią walczyć za wszelką cenę (no chyba że coś przeoczyłam )
_________________ W taki dzień jak ten Marco Polo wyruszył do Chin.
A ty jakie masz plany na dzisiaj?
Wiem, że ma wady, każdy je ma. Ale był pierwszą osobą od dawna, przy której potrafiłem być po prostu sobą, z nikim się tak dobrze nie dogadywałem. Jeśli to rzeczywiście ma się skończyć, to chciałbym, żeby się skończyło w zgodzie, żebyśmy jeszcze chociaż raz usiedli i na spokojnie porozmawiali, wszystko sobie wyjaśnili i bez urazy pożegnali. Ale niestety on nie chce ze mną już nawet paru słów zamienić.
Soledad napisał/a:
przykro mi to mówić, ale on nie zmieni zdania. już cię skreślił, nie naprawisz tego.
Już parę razy było tak, że mówił, że to koniec znajomości, że jesteśmy już tylko współlokatorami i niczym więcej i nie ma szans, by było jak dawniej, a jednak po paru dniach wszystko wracało do normy. Jeśli jest szansa, żeby zmienił zdanie, to chcę postąpić tak, żeby była ona jak największa.
No i jest jeszcze taka sprawa, że w mieście, z którego pochodzimy, zostawiliśmy trochę wspólnych znajomych. Teraz może nie ma za bardzo czasu, ze względu na studia, ale jak potem będzie trochę wolnego, to prawdopodobnie się parę razy będziemy chcieli spotkać. Czy to ma tak wyglądać, że spędzając czas w kilka osób, my we dwaj będziemy udawać, że się nie znamy?
Prawdopodobnie obaj będziemy dzisiaj wracać do domu na weekend. Czy jest sens, żeby pojechać tym samym pociągiem i przy okazji spróbować porozmawiać?
Ostatnio zmieniony przez pawcio007 Pią 02 Gru, 2011 15:17, w całości zmieniany 3 razy
Już parę razy było tak, że mówił, że to koniec znajomości, że jesteśmy już tylko współlokatorami i niczym więcej i nie ma szans, by było jak dawniej, a jednak po paru dniach wszystko wracało do normy.
no u mnie też tak było, wiele razy kończyliśmy znajomość, tzn ja kończyłam, na co on się obrażał że go tak potraktowałam i nie chciał więcej gadać, ale zawsze w końcu się pogodziliśmy. aż przyszedł taki moment że miał dość, nie chciał już dalej takiej znajomości która kosztuje go tyle nerwów, i to zakończył.
ludzie którzy nie mają takich jak my zapędów autodestrukcyjnych dbają o swoje dobro, nie będą tkwić w sytuacji która ich niszczy, ot instynkt samozachowawczy.
pawcio007 napisał/a:
Jeśli to rzeczywiście ma się skończyć, to chciałbym, żeby się skończyło w zgodzie, żebyśmy jeszcze chociaż raz usiedli i na spokojnie porozmawiali, wszystko sobie wyjaśnili i bez urazy pożegnali. Ale niestety on nie chce ze mną już nawet paru słów zamienić.
ale w tym momencie oszukujesz sam siebie. serio dałbyś mu spokój jakby zgodził się na taką "rozmowę pożegnalną"? bo nie wydaje mi się... jakby był znów przez chwilę miły to jeszcze bardziej próbowałbyś pewnie go namówić do zmiany zdania.
ja też tego potrzebowałam, takiej rozmowy, ale musiałam mocno walczyć ze sobą żeby znów nie zacząć błagać żeby jeszcze raz to przemyślał. i do tej pory zdarza mi się sięgać po telefon by napisać smsa, na szczęście póki co nic nie wysłałam.
nie dziwię się że nikt nie chce brać na siebie odpowiedzialności za drugą osobę. a jeśli jesteśmy od kogoś uzależnieni to tak jakbyśmy przerzucali odpowiedzialność za nasze życie na tego kogoś. nie weźmie cię ze sobą na imprezę, to już nigdzie nie wyjdziesz. nie zapozna cię ze swoimi znajomymi, to już nie poznasz nikogo sam, itd itd. nie może być tak że twoje życie zależy w tak dużym stopniu od jednej osoby. zakończenie tej znajomości wyjdzie ci na dobre na dłuższą metę.
bardzo mądrze napisał Neurotyk91
_________________ W taki dzień jak ten Marco Polo wyruszył do Chin.
A ty jakie masz plany na dzisiaj?
Trudno coś poradzić... Mógłbyś przyznać się swojemu przyjacielowi, że Twoje zachowanie jest podyktowane fobią, ale to mogłoby go zniechęcić i utwierdzić w przekonaniu, iż zawsze będzie tak, jak jest teraz. Spróbuj zapisać się na jakąś terapię, wizytę u specjalisty? Może to będzie początek zmierzający do przełamania tego problemu?
Z autopsji mogę powiedzieć, że świat nie zawala się po utracie przyjaciela. W czasie liceum była taka osoba w moim życiu, z której padały daleko idące deklaracje... Najbardziej pamiętnym tekstem było: "Drzwi mojego domu są zawsze dla ciebie otwarte". Do matury wszystko układało się jak najlepiej mogło, ale później zapadła cisza. Po ok. dwóch tygodniach skorzystałem z "zaproszenia 24/7", jednak moje pojawienie się przed drzwiami sprawiło, że "przyjacielowi" zrzedła mina. Rozmowa się nie kleiła, więc spytałem wprost, czy mu nie przeszkadzam. Dowiedziałem się, że nie moja wizyta nie bardzo mu "leży"... Spotkaliśmy się chyba jeszcze dwa razy. Chciał wybrać się ze mną i ze znajomymi gdzieś "na miasto", ponieważ zbliżał się czas mojego wyjazdu. Miał zadzwonić. Na telefon "czekam" do tej pory... Znajomość zaczęła umierać śmiercią naturalną, chociaż kiedyś nie wyobrażałem sobie tego. Zacząłem nowe studia w obcym mieście, bez znajomych. Nie odczuwałem jakiegoś wielkiego braku...
Większym zmartwieniem dla Ciebie będzie ewentualne znalezienie współlokatora. Oczywiście mam nadzieję, że wszystko ułoży się tak, by sprawy zaczęły iść właściwym torem.
_________________ "I tak Achilles dogonił żółwia".
Mógłbyś przyznać się swojemu przyjacielowi, że Twoje zachowanie jest podyktowane fobią
Już mu mówiłem parę razy. Uważa, że nie mam żadnej fobii i tylko sobie to wmawiam.
---------- 06-12-2011
Jeśli kogoś to interesuje - udało nam się pogodzić, kumpel zrezygnował z przeprowadzki, a ja w najbliższy czwartek wybieram się do psychologa. Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze.
Nie było nic konkretnego, co by go przekonało. Od kiedy napisałem na forum, ani razu nie poruszyłem już tego tematu, starałem się zachowywać zwyczajnie i powoli wszystko wraca do normy.
Ostatnio zmieniony przez pawcio007 Pią 09 Gru, 2011 01:02, w całości zmieniany 1 raz
Brzmi jakbyś się w nim zakochał
Najlepiej przestań o tym tyle myśleć i analizować, to jest twój kumpel, a nie żona. On potrzebuje czasem świętego spokoju.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach
Fobia Społeczna - Socjofobia - Fobia Forum - Forum Fobia - Depresja - Zaburzenia Lękowe - forum dyskusyjne na temat fobii społecznej (socjofobii), niesmiałosci, fobii, depresji, zaburzeń lękowych i innych problemów psychologicznych.