Co im przyniesie ta popularność, każdy skończy tak samo, niańcząc dzieciaka w domu, żal mi ich
_________________ Gustaw Herling-Grudziński — Inny świat
"Tylko w pochłaniającej wszystko pustce samotności, w ciemnościach zacierających kontury świata zewnętrznego można odczuć, że się jest sobą aż do granic zwątpienia [...]."
W podstawówce mialem normalne relacje z ludźmi, ale pierwszych przyjaciół i pierwszą dziewczynę poznałem w czasach liceum. To były naprawdę dobre czasy. Co prawda wypiłem morze alkoholu, ale właśnie także to wpłynęło pozytywnie na moje relacje z klasą i paroma innymi osobami, które poznalem podczas konsumowania trunków w miejskim parku Studia to już coraz większe wyobcowanie, aż w końcu zostało mi tylko dwóch kumpli i pare znajomych na gg.
W moim przypadku było tak: podstawówka - jedna przyjaciółka, spotkania tylko z nią, typowy kujonek ze mnie był. Dzieciakami byliśmy, w podstawówce słowo "kujon" to obelga. Ludzie z innych klas mnie kojarzyli, bo mam dość niespotykane imię i gdzieś tam im się osłuchało podczas rozdawania nagród za jakieś głupie konkursiki.
Gimnazjum: ta sama przyjaciółka, co w podstawówce, plus 3 inne dziewczyny. Tworzyłyśmy paczuszkę pięcioosobową, ale ktoś musiał być tym piątym kołem u wozu. Kto? Ja. Popularność na skalę szkolną niemal zerowa.
Liceum: najlepsza przyjaciółka jest w innej klasie - ja zostałam sama jak palec. Nie czuję przynależności do klasy. Czy jestem lubiana? Hm, powiem tak: jak ktoś czegoś ode mnie chce, to zaraz staję się pseudobogiem. Nie chodzę do klubu, który jest najpopularniejszy wśród społeczności mojego LO (chodzi tam 3/4 szkoły), co równoznaczne jest z tym, że "nie żyję".
Ostatnio zmieniony przez Przeczulona Pią 13 Sty, 2012 18:31, w całości zmieniany 2 razy
Podstawówka - pierwsze 3 lata spko, każdy się lubiał nikt nic do nikogo nie miał żadnego ''ale' , miałem kolegę z którym się ganiało po korytarzach szkoły..., później reszta klas podstawówki masakra, klasa sie rozpadła, inni uczniowie, inne odczucia, wyzywano mnie, poniżano, szturchano (przez co bałem się oddać), nie miałem takiego bliskiego kolegi, siedziałem głównie sam w ławce do końca podstawówki.
Gimnazjum - potworny strach przed nową szkołą, 1-2 lata trafiłem do takiej klasy że szkoda gadać, zero przyjacielstwa, jak już było to nie do mnie, też siedziałem sam, no może ktoś tam się odezwał do mnie czasami ale to bardzo rzadko i owszem tak samo mi dokuczano, wyzywano i poniżano ;/ przez to niestety olałem se drugą klasę gimn, potem trafiłem do 2 klasy gimn nowej, rok młodszej oczywiście był wstyd że zaprzepaściłem rok..., wszystkie oczy wpatrzone na mnie, ale norma, siedziałem sam z początku potem niemiałem kśiążki to posadzono ze mną takiego jednego :d Co dziwne później zemna siadał częściej w ławce zakolegowaliśmy się a potem to już była maniana że nas nauczyciele rozdzielali do innych ławek ^^ tylko z tym jest dobre że ostatnie 2 klasy gimn były najlepsze. Do dziś ten kolega jest moim dobrym przyjacielem.
Średnia? LO - od czego by tu zacząć...., 1-2 lata nowi ludzie, nowe otoczenie trafił się jeden kolega z gimn z innej klasy, z którym w sredniej się trzymało, jedynie on siedział ze mna, inni jakoś tam sie odzywali do mnie ale i tak poniżali i wyzywali jak zwykle, a ja nie umiałem sie obronić, jedynie z tym kolegą trzymałem. Trudno powiedzieć ale kolejny rok udupiony bo załamka była przez rówieśników z klasy przez co niemogłem znieść tego napięcia ;/..., potem powtórka, nowa klasa młodsza, sam byłem można powiedzieć, samemu sie siedziało, w sumie juz mi to odpowiadało, sam niestety wszedzie łaziłem, z nikim prawie nie gadałem w tej klasie bo tak samo jak poprzednio poniżali ;/ ale zacisnąłem zęby aby skończyć to już w cholere i zapomnieć o tych głupkach.
Ze wszystkich z klas to jedynie co mam z trzema kolegami a raczej 2 przyjacielami i 1 kolegą kontakt i wystarczy.
Podstawówka - fajne czasy, takie gówniarskie ale mam miłe wspomnienia. Ogólnie klasa była fajna, wszyscy się lubiliśmy, miałem dwóch bardzo dobrych kumpli. Nie było weekendu żebym siedział w domu. Generalnie błogie dzieciństwo.
Gimnazjum - chciałoby się zaśpiewać "time of my life" Razem z paroma kumplami tworzyliśmy paczkę. Po raz pierwszy mogłem powiedzieć, że mam przyjaciela, z którym niestety kontakt się urwał głównie z mojej winy o co mam do siebie żal. Byłem w tzw. "elicie" klasowej, choć nigdy nie przywiązywałem do tego wagi, po prostu tak wyszło. Nawet dwie dziewczyny sie we mnie kochały(z wzajemnością , ale z racji wrodzonej nieśmiałości nic nie wyszło. Niestety, w III klasie przydarzył się incydent poza szkołą(a dokładnie w klubie sportowym w którym gram), który odbił się znacznie na mojej psychice. Ale że mowa w tym temacie głównie o szkole, to ten fakt pomine.
Liceum - koszmar. Mówią, że to najlepszy okres w życiu, ale chyba nie w moim przypadku. Przejechałem sie na paru osobach w klasie, większość nie do końca mnie zaakceptowała, z niektórymi nawet od początku nie zamieniłem słowa. Z każdym dnem czuje, że zamieram. Z powodu odrzucenia moja nieśmiałość przerodziła sie w fobie społeczną. Przez fs zaniedbałem kontakt z byłym już przyjacielem i z osobami z gimnazjum, mimo że chodzimy do tego samego liceum. Mam nadzieję, że po maturze znajde jakąs robote by wyjść do ludzi i w jakims stopniu walczyć z fs, a na studiach znów trafie na ludzi, z którymi nawiąże kontakt na długie lata, bo obecnie jestem samotnikiem.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach
Fobia Społeczna - Socjofobia - Fobia Forum - Forum Fobia - Depresja - Zaburzenia Lękowe - forum dyskusyjne na temat fobii społecznej (socjofobii), niesmiałosci, fobii, depresji, zaburzeń lękowych i innych problemów psychologicznych.