Fobia spoleczna, socjofobia, chorobliwa niesmialosc, zaburzenia lękowe, fobie, lek towarzyski, fobia socjalna, lek spoleczny, nerwica spoleczna, depresja, samotnosc, strach, wyobcowanie, kompleksy, osobowosc unikajaca, zaburzenia osobowosci, fobia forum, forum dyskusyjne Fobia społeczna
Fobia społeczna, socjofobia, chorobliwa nieśmiałość, zaburzenia lękowe, fobie, lęk towarzyski, fobia socjalna, lęk społeczny, nerwica społeczna, depresja, samotność, strach, wyobcowanie, kompleksy, osobowość unikająca, zaburzenia osobowości, fobia forum, forum fobia, fobia społeczna forum dyskusyjne

DownloadDownload SzukajSzukaj UżytkownicyUżytkownicy GrupyGrupy  Chat
 blogBlog   Mapa GoogleMapa Google FAQ FAQ RejestracjaRejestracja ZalogujZaloguj


Poprzedni temat «» Następny temat
Wegetacja od 5 lat.
Autor Wiadomość
PIOTRKED 


Wiek: 18
Dołączył: 29 Lis 2011
Posty: 2
Skąd: Polska
Wysłany: Pią 27 Sty, 2012 06:10   Wegetacja od 5 lat.

Nie jestem w stanie sam określić, czy to dobry dział.

Coś mnie natchnęło, żeby wreszcie napisać na tym forum o swoim problemie. Może wylanie tych wszystkich smutków i żali coś da, skoro nawet specjaliści nie potrafią mi pomóc i cały czas słyszę, że jestem po prostu leniem.

Z góry uprzedzam, że ten post będzie praktycznie streszczeniem mojego życia, piszę go przede wszystkim dla siebie - nigdy jeszcze nie wykonywałem tak szczegółowej analizy swojej egzystencji. Postaram się opisać ten cały chaos i rozpierdziel w miarę zrozumiale, choć pewnie do końca mi to nie wyjdzie.

Co mi dolega? Nie wiem. Gdybym miał się skupić tylko na dolegliwościach, które można nazwać - nadwaga, apatia, prokrastynacja, bezsenność, może i depresja. Smutek, żal do świata, debilizm. Fobia społeczna, też. Po prostu - nie umiem rozwiązywać swoich problemów. To tak na początek.

Mój ojciec to człowiek ciężki - ma swoje zasady i poszedłby za rodziną w ogień, ale ciężko u niego z okazywaniem uczuć (kwestia wychowania). Matka z kolei to kobieta o złotym sercu.
Urodziłem się 19 lat temu. Przez pierwsze 8 moja rodzina przypominała stereotypowy obraz szczęśliwej, amerykańskiej rodziny, w której od rana czuć zapach syropu klonowego i naleśników a ojciec całuje matkę przed wyjściem do pracy. Potem moja siostra wpadła w narkotyki.

Niewiele pamiętam z tamtego czasu, a może nie chcę pamiętać. Wiem tylko, że te lata kosztowały moich rodziców wiele nerwów, a gdyby moja matka płakała benzyną, to nasz kraj nie musiałby się martwić o ceny paliwa. Non-stop stres, odbieranie z komisariatu, po prostu horror. Tak zleciało parę lat, potem - na szczęście nasze i jej - opamiętała się, wyszła za mąż, poszła na swoje. Zamiłowanie do "mózgojeb*w" zostało jej jednak do dziś (o tym później).

Potem (od 11 do 13) roku życia było w miarę okej, choć nie cudownie. Przeprowadziłem się do domku jednorodzinnego, ojciec awansował, więcej pieniędzy. Mimo wszystko dalej popijał i nie okazywał mi zbytnio miłości. Non-stop słyszałem od niego żale, wiecznie robił mi wyrzuty z błahych powodów. Prosił mnie o pomoc w czymś, która najczęściej miała polegać na podawaniu potrzebnych mu przedmiotów przy majsterkowaniu. Przedmioty te najczęściej nosiły nazwę "to" lub "tamto" - kończyło się tak, że wyklinał na mnie po tym, jak kazał mi podać "to, co leży obok tamtego, no, wiesz", czyli młotek. Lub "ten" - śrubokręt. Można to opisać prościej - po prostu wyżywał się na mnie psychicznie, co poskutkowało ogromnymi brakami pewności siebie i poczuciem beznadziejności. Ze szkołą nigdy nie było problemów, nie trzeba było mnie zaganiać do nauki. W podstawówce od 3 do 6 klasy czerwony pasek, w pierwszej gimnazjum średnia 4,7. Ogólnie, podejrzewam że gdyby nie pewne wydarzenie, moje życie wyglądałoby dziś całkiem inaczej.

Pamiętam to jak dziś. Wieczór, koło godziny 22. Miałem iść spać, ale strasznie mnie suszyło, więc postanowiłem sobie zrobić herbatę. Schodząc na dół po ciemku usłyszałem głos ojca z salonu. Rozmowa nie przypominała zwykłej konwersacji o wydarzeniach minionego dnia, dlatego, jak to z dzieciakami bywa, postanowiłem troszkę podsłuchać. Tamte pół godziny spędzone na schodach drastycznie zmieniło moje życie. Matka szlochała, podczas gdy ojciec wyznawał jej, jak przez te wszystkie lata ich małżeństwa zaliczał kolejne kochanki. Nie było słychać w jego głosie ani odrobiny żalu. Mało tego, zamiast wynieść się następnego dnia, siedział z nami jeszcze pół roku. Przez ten czas pił, robił awantury i powoli wykańczał nas emocjonalnie. Matka bała się, że skończy w psychiatryku, bo na to się zapowiadało. Na szczęście ten etap zakończył się dla rodziców bardzo dobrze. Wyprowadził się na swoje, ma w tej chwili dom, kobietę i córkę. Pracuje i zarabia (sporo). Trzyma ze mną kontakt, ogólnie to po jego odejściu nareszcie poczułem, że tak naprawdę mam ojca (niezły paradoks, nie ma co). Z matką żyje w zgodzie, nie mają rozwodu ale płaci jej umowne alimenty co miesiąc. Matka również znalazła sobie faceta w Anglii (przez internet, a co!). Wbrew naszym ostrzeżeniom pojechała do niego i wróciła szczęśliwa jak nigdy. Okazał się bardzo porządnym i dobrym człowiekiem, a przede wszystkim - dba o nią. Przeprowadził się do Polski (dokładniej - w momencie, gdy to piszę, robi kawę w kuchni :D ). Wszystkim ułożyło się ***.

Tylko nie mi.

Problemów ciąg dalszy, bo już nie wspomnę o tym, że od 14 do 17 roku życia straciłem 95% znajomych, ponad 80% umiejętności społecznych i moje IQ zmalało o 40 punktów. Po odejściu Padre przestałem wychodzić z domu, zacząłem olewać ludzi. Internetowi znajomi zastąpili tych realnych, a gierki sieciowe - sport. W MMO spędzałem wolny czas. Opuściłem się w nauce, z piątek i czwórek spadłem najniżej, jak tylko mogłem. Przez pół roku po wyprowadzce ojca nie chodziłem do szkoły. Ogólnie, moja frekwencja w 3 klasie gimnazjum oscylowała w granicach 30%. Potem było już tylko gorzej, w pierwszej klasie technikum - poprawka z matematyki. W drugiej - na pierwszy semestr 11 zagrożeń, które w ciągu tygodnia nadrobiłem - oprócz matematyki, na drugi 7 - również zaliczone. Teraz jestem w klasie trzeciej, po pierwszym semestrze wyszedłem cudem z 8 zagrożeń na jedną poprawkę, nie zgadniecie z czego. Brakuje mi wiedzy, mam ogromne zaległości we wszystkim, w czym tylko można je mieć. Za rok już nie będzie "naście", a ja mam wrażenie, że od 5 lat stoję w miejscu.

Mało tego, rok temu prawie wyszedłem z tego syfu. Prawie, bo w moim życiu ponownie pojawiła się kombinacja "siostra+narkotyki". Wyobraźcie sobie kobietę, która ma na karku 26 lat. Mąż, dwójka dzieci, praca, mieszkanie. Z reguły im się układa, choć lubią sobie czasem wypić i zapalić trawę. Pewnego dnia jej facet ją tłucze, ta razem z dziećmi przeprowadza się do matki. Przez 4 miesiące od tamtej sytuacji nie składa żadnego pozwu do sądu, choć tym jednym świstkiem załatwiłaby sobie mieszkanie, opiekę nad dziećmi i alimenty. Potem nagle, ni z gruchy, ni z pietruchy, wpada w alkoholizm. Wraca na tydzień do mieszkania, po czym pewnego dnia po prostu zostawia dzieci bez opieki i znika na 2 miesiące. Szok. Ale to dopiero wierzchołek góry lodowej. Po tych dwóch miesiącach pojawiła się pod bramą wjazdową domu, naćpana i zniszczona. Z psychozą. Nie chcę zbytnio się w to zagłębiać, ale mogę z góry powiedzieć, że czerwiec roku 2011 był najgorszym i najbardziej chorym miesiącem mojego życia. Siostra mieszkała z nami, brała leki z przerwami, oszukiwała nas na każdym kroku. Uciekała z domu, wracała naćpana. Nie skutkowały rozmowy, choć przez 2 tygodnie wysłuchiwałem chorej gadki o rzeczach niestworzonych. Prawie sam się w tym zatraciłem. W końcu wyszło tak, że od czerwca zeszłego roku do stycznia 2012 siostra mieszkała u nas, żyjąc na nasz rachunek. Bez leczenia (była co prawda miesiąc w zakładzie, dobrowolnie, ale zrezygnowała). Po prostu narobiła mi szkód w psychice, inaczej tego nie umiem wytłumaczyć. Rozmawiałem z nią setki godzin, próbując podważać jej chore wizje świata i te wszystkie fałszywe rzeczywistości, w które wierzyła. Gdy udawało mi się ją zagiąć i przyznawała racje, udawało mi się ją przekonać do wzięcia leków. Wyobraźcie sobie, walka każdego dnia przez 9 miesięcy o to, by wzięła zasraną tabletkę. Nie wiem, jak to wszystko wytrzymałem. Wszyscy umywali ręce, nikt oprócz mnie nie potrafił do niej dotrzeć. Matka miała za słabe nerwy, pomoc ojca ograniczała się tylko do kwestii finansowych. Pełniłem przez ten czas rolę jej "psychoterapeuty", do czego jednak nie byłem przygotowany. A i tak gówno to dało.

Dziś, w momencie gdy piszę tego posta (05:57), nie mam chęci do życia. Od 5 lat wegetuję, po prostu stoję w miejscu. Mam 19 lat, moje życie towarzyskie jest suche jak pięty starca. Dziewczyny nie miałem przez ten czas - choć było parę na oku, żadna mnie nie chciała. Mam przyjaciół dwóch od serca - to pewna pociecha. Setki zainteresowań, zero progressu w jakimkolwiek. Aż dziw mnie bierze, że nie zostałem w gimnazjum.

Po prostu żyję z dnia na dzień i chcę to zmienić, ale nie potrafię. Tyle razy podejmowałem walkę i nawet w banalnych rzeczach przegrywałem.

PS. Zapomniałem wspomnieć, że jestem gruby. W sumie to nie patrzę na ten fakt jak na przyczynę moich problemów, tylko ich rezultat.

PS2. Jeżeli chcecie o coś pytać, pytajcie. Cały czas czuję, że nie napisałem wszystkiego, co chciałbym napisać.
_________________
Jeżeli myślisz, że jestem podły, oznacza to tylko tyle, że posiadam władzę, której Ty nie masz.
 
     
TysonX 


Wiek: 23
Dołączył: 25 Lip 2011
Posty: 276
Wysłany: Pią 27 Sty, 2012 09:12   

No cóż i teraz nikt mi nie powie, że sytuacje w rodzinie nie mają wpływu na ludzi ...
Mam siostrę w tym samym wieku, też jakiś czas brała, ale jej przeszło, za to jej facet bierze do teraz. Jest uzależniony, ale ona to akceptuje (paranoja). To tak jakbym ja był alkoholikiem, a moja przyszła dziewczyna by powiedziała 'ok spoko, pij sobie ile chcesz' ;P
Od ojca też nie miałem zbytnio okazywanej miłości, ojcowie poprostu tacy są i już ...

Jeśli chodzi o walkę to powinieneś próbować dalej, uczysz sie, masz kontakt z rówieśnikami, spróbuj nawiązać jakieś kontakty, chwile pogadać, czasem durne cześć i człowiek jest z siebie zadowolony. A co do tego że jesteś gruby, to nie ma nic prostrzego żeby to zmienić. Ubieraj spodnie dresowe, bluze, czapke i spadaj biegać :D ja właśnie zaraz to zrobię, nie jestem gruby, ale biega nie mi pomaga, człowiek wtedy czuje sie inaczej, a jak się porządnie zmęczy to też ma poczucie że zrobił coś dla siebie (tylko błagam nie pisz że nie lubisz biegać ... bo to tylko wymówka). Musisz ruszyć z miejsca. Moim kopem było wybranie się troche nieświadomie do szkoły po liceum gdzie się okazało że z racji wybranego przyszłego kontaktu miałem bliski kontakt z ludzmi z klasy, a na praktykach też z innymi ludzmi. Do tego doszła silownia i jest o wiele lepiej. Postraja sie zrobic cos dla siebie, cos co sprawi ci satysfakcje, jesli nie wiesz co to sprobuj od wysilku fizycznego, jesli ci sie nie spodoba, to sprobuj czegos innego ;) To Ci pozwoli pojsc krok do przodu. Do tego jakoś poprawić znajomości z ludźmi np jakaś impreza organizowana przez kogos z klasy. i jest z toba o 180 stopni lepiej ;)
_________________
Od życia każdy ma tyle ile sam sobie weźmie !!
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  



fobiaspoleczna.info © 2008 - 2012 - All Rights Reserved
Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

Mapa Forum Mapa Forum XML RSS


Gry Download



Fobia Społeczna - Socjofobia - Fobia Forum - Forum Fobia - Depresja - Zaburzenia Lękowe - forum dyskusyjne na temat fobii społecznej (socjofobii), niesmiałosci, fobii, depresji, zaburzeń lękowych i innych problemów psychologicznych.