O wiele więcej niż zakładałem napisać, no cóż nie będę skracał, a jeśli wyda się dziwne, no cóż jestem dziwny.
Komedia pomyłek
W zasadzie nie wiem po co to piszę, ponieważ nie chcę i nie lubię się żalić, a już na pewno nie robię tego aby zwrócić na siebie uwagę, i prawdę mówiąc nigdy przedtem nie wylewałem swoich żali w internecie, a i teraz nie zrobię tego tak w 100%, podobnie jak i niespecjalnie żalę się ludziom w normalnym „życiu”. Nie zmienia to jednak faktu, że po tym jak podjąłem trzecią „próbę” powieszenia się to przeszło mi przez myśl, aby tu napisać, lecz ostatecznie postanowiłem dać sobie jeszcze szansę ze sobą skończyć, chociażby dlatego, że takie żalenie się kojarzy mi się z rozwydrzonymi nastolatkami, a i większość osób uważa, że gdy ktoś pisze o samobójstwie w internecie, to tak naprawdę nie chce tego zrobić (może i racja), tylko szuka pomocy. No cóż dzisiaj ostatecznie zdemotywowałem się do końca dlatego też postanowiłem coś napisać.
„Próby powieszenia się” w cudzysłowie ponieważ wszystkie pięć, włącznie z tą dzisiejszą były przedsięwzięciami, nie ma się co oszukiwać żałosnymi, niemniej ta ostatnia udowodniła, że jednak jestem w stanie to zrobić, a za fakt, że wciąż żyję i to, że żadna z nich się nie powiodła, odpowiada tylko mieszanka szeregu dziwnych przypadków oraz w pewnym sensie mojej niekompetencji, ale o tym później, może najpierw napiszę trochę bliżej o sobie i o tym dlaczego, że się tak wyrażę porąbało mi się w głowie, niemniej zrobię to raczej pobieżnie, nie zagłębiając się zbytnio w szczegóły ze swojego „życia”.
Moja egzystencja – bo tak raczej powinienem nazywać swoje życie (życiem byłaby dla mnie gdybym faktycznie czerpał z niej radość) – jest raczej średnia, a chociaż los nie był i nie jest wobec mnie bezgranicznie podły, a i pewnie są tacy, którzy by się ze mną w jakimś stopniu zamienili, to i tak jej nienawidzę, podobnież jak całego otaczającego mnie świata oraz w zasadzie wszystkiego co z nim związane.
Nikogo nie kocham (nawet rodziców i brata), rodzice owszem mnie utrzymują, itd. ale są to raczej średnie relacje, których nawet nie chcę zmieniać, po prostu mam ich gdzieś, ja sam ich mam raczej za hipokrytów, w pewnym sensie, np. nie rozumiem dlaczego spotykają się z rodziną, skoro częstą po takich spotkaniach ich obgadują, albo i bez tych spotkań, nawet po zwykłej rozmowie telefonicznej, tamta rodzina pewnie ich też obgaduje, co prawda nie mogę wiedzieć o czym sobie rozmawiają, skoro mnie tam nie ma, ale przez te wszystkie lata i pewne sytuacje wyrobiłem sobie zdanie. Podobnie święta wszelkiego rodzaju, nikt tu wierzący specjalnie nie jest – poza moją matką, która od jakichś kilku lat, bo też nie całe życie, zaczęła chodzić do kościoła (jednak nie jest jakąś fanatyczką) – a jednak je obchodzą, pewnie to przez tradycję i przyzwyczajenia, ale ja to olewam, odcinam się, nie biorę udziału w żadnych spotkaniach, ani świętach, zresztą w ogóle nie chcę obchodzić żadnych świąt. Co do relacji stricte z rodzicami to powiedzmy, że są mili, matka jest na ogół za miła, i że się tak wyrażę zbytnio się narzuca, a ojciec niby też, ale w dzieciństwie nie raz mi groził oddaniem do domu dziecka, za jakieś pierdoły typu słabe oceny, albo jak złapałem jakąś kontuzję czy też zachorowałem, tudzież zrobiłem coś nie do końca po jego myśli, potrafił i dalej potrafi mnie nazwać gnojem, idiotą czy kretynem. Brat z nami już nie mieszka, ale i tak nie mieliśmy dobrych relacji, zresztą dalej nie mamy. Oczywiście nie mieszkam w jakiejś tragicznej patologii, nikt tu nie jest alkoholikiem, każdy ma studia, nie przymieram głodem, itd., po prostu jest jak jest
Nikogo nie lubię i na nikim mi nie zależy, bo wśród moich „kolegów” i ludzi których znam relacje są podobnego pokroju. Taka ludzka natura, każdy jest fałszywy i egoistyczny w mniejszym lub większym stopniu, nawet jeśli się do tego nie przyznaje, ja także jestem, tylko tyle że ja raczej, gdy kogoś nie lubię nie staram się udawać „przyjaciela”, tylko zazwyczaj mówię co sądzę w sposób dosadny i często wulgarny, jeśli już muszę, ale najczęściej taką osobę zlewam. Zresztą ja w ogóle jestem raczej samotnikiem. TAK mówiłem im wszystkim, rodzinie i tym znajomym, co mi nie pasuje, ba nawet przez lata co jakiś czas poruszałem różne kwestie, tutaj wiadomo nie będę się rozwodził nad każdym zdarzeniem i sytuacją, dalej jest jak jest
Nie mam w sobie współczucia, żadnej empatii, oczywiście zdarza mi się czasem pomóc komuś bezinteresownie kiedy tego potrzebuje, nawet samemu zaoferować pomoc, czy też odwdzięczyć się za przysługę, ale zazwyczaj na zasadzie pewnego wyrachowania. Niemniej nigdy nie jest mi przykro z powodu czyjejś śmierci, albo gdy komuś dzieje się krzywda, a gdy mówię, że jest mi przykro albo że przepraszam za coś, to tak naprawdę przez grzeczność i jakkolwiek nie chcę być dla innych nieuprzejmy to tak naprawdę mogę i nie jest mi z tym jakoś specjalnie źle. Cóż ludzie potrafią sami sobie przeczyć... Zresztą ja nawet nie rozumiem tych uczuć.
Jednak głównymi problemami jakie spowodowały chęć odebrania sobie życia są brak sensu istnienia, brak drogi, jakiegoś celu, koniec końców wolałbym się nigdy nie urodzić. Nad tym co chciałbym robić zastanawiam się od czwartego roku życia, a dokładniej gdy pewnego dnia bawiłem się w swoim pokoju, spojrzałem przez okno, popatrzyłem na tą naszą poprlowską szarą rzeczywistość i zrozumiałem, że nie będzie łatwo (oczywiście nie wiedziałem nic o PRL, po prostu widziałem świat za oknem). Zacząłem myśleć nad tym czego chcę i doszedłem do wniosku, że nie chcę zakładać rodziny, nie chcę gonić za pieniędzmi i nie chcę być fałszywy oraz że chcę być uczciwy. Jak już napisałem wcześniej każdy jest fałszywy, z uczciwością różnie u mnie bywa, reszta się zgadza...
Dlaczego zacząłem nad tym myśleć a no jakkolwiek może się to dziwne wydawać to w wieku dwóch lat powiedziano mi, że moja rodzina ma szlacheckie pochodzenie (jakoś nigdy nikomu o tym nie powiedziałem), a ja choć historii nie znałem to od razu patrząc po swoim pokoju wiedziałem, że coś jest nie tak i chyba powinienem mieć lepiej, oczywiście nie uważam się za lepszego, a tym bardziej nie uważałem w tak młodym wieku, zwyczajnie czułem, że to chyba znaczy coś więcej, jeśli ktoś wie o co mi chodzi... Całe wspomnienie jakoś wryło mi się w pamięć podobnie jak to późniejsze, i na pewno wpłynęło na moje życie, jakkolwiek dziecinne się to może teraz wydawać. Chociaż z drugiej strony nigdy taki wspaniały nie byłem więc pewnie nie powinienem sobie rościć praw do czegokolwiek...
Zastanawiam się tak cały ten czas i jedyne co potrafię wymyśleć to, to czego nie chcę, a skoro nie dostałem na wstępie życia usłanego pieniędzmi, to nie zamierzam za nim gonić, zresztą jak już wspomniałem od najmłodszych lat na pieniądzach mi nie zależy, w ogóle na niczym mi nie zależy, trochę na naszym kraju, ale jak patrzę na to wszystko co się dzieje wokół to się zastanawiam czy faktycznie przypadkiem nie jesteśmy bandą słowiańskiego bydła za jakie mieli nas naziści, ale to już zupełnie inna przemyślenia... Niemniej jestem w jakiś sposób dumny, że moja rodzina, podobnie jak wiele innych walczyła i umierała za ten kraj.
Aczkolwiek gdzie nie spojrzę to widzę tylko tandetę, irytuje mnie fakt, że nie mogę sobie znaleźć miejsca na tym świecie, bo o jakiej drodze życiowej bym nie pomyślał to zwyczajnie mi się nie podoba (uwzględniając również te mało prawdopodobne do osiągnięcia albo jak kto woli niebywale trudne), a i nie chcę pracować, nie dlatego, że pracy się boję, tylko dla mnie oznacza to po prostu szarą, tandetną rzeczywistość, nie chcę zasuwać od rana do wieczora i robić u kogoś za przysłowiowego murzyna, urzędnikiem tym bardziej bym nie chciał być (miałem praktyki w urzędzie i miałem ochotę się zabić na miejscu, taka robota zwyczajnie wysysa resztki energii z człowieka), na zakładaniu własnej firmy też mi nie zależy...
Nienawidzę szkoły, nigdy jej nie lubiłem, studia to samo (zresztą nigdy nie byłem przykładnym uczniem). Skończyłem jedne (kompletnie mnie nie interesowały), teraz robię drugie (to samo), ktoś powie sam sobie wybrałeś, niby tak ale jakbym nie wybrał to by mnie z domu wyrzucili, a przynajmniej tak mówili więc... Jeśli chodzi o twórcze hobby to oczywiście mam, męczę je prawie pół życia, ale i tak jestem zbyt słaby, żeby w tym kierunku studiować albo, żeby było ono moim utrzymaniem, po prostu nie każdemu jest pisane spełnić swoje marzenia, chociaż tak naprawdę chyba nigdy na 100% nie wierzyłem, że zajdę z tym gdziekolwiek. Niemniej przez cały ten czas poświęcałem się tylko swojej pasji, z uporem maniaka aby stać się tak dobry jak tylko będę mógł.
„Próby samobójcze”:
Dlaczego? A no dlatego, że mi się znudził świat, jestem nim zdegustowany i nie mam celu w życiu oraz prawdę mówiąc dlatego, że w ciągu całego swojego pobytu na tej nieszczęsnej Ziemi nie było ani jednego dnia, w którym powiedziałbym sobie „cieszę się, że żyję”.
Dziecinne? Cóż do dziś nie uważam się za specjalnie dorosłego...
W moim życiu przydarzyło mi się wiele, a przynajmniej trochę śmiesznie żałosnych sytuacji, rodem z jakiejś głupawej komedii, nie będę ich tu opisywał, jednak moje „próby” w miarę dobrze pasują do tej kolekcji dziwnych wspomnień. Próby nr 1 i 2 totalna porażka, poszedłem do lasu kilka tygodni temu, znaleźć sobie jakieś dobre miejsce, generalnie takie, w którym nikt mi nie przeszkodzi ale po fakcie w miarę szybko mnie ktoś znajdzie, wybrałem się z domu jak już się zaczęło robić powoli widno, jednak wciąż przed świtem, gdy w końcu znalazłem stosunkowo dobre drzewo, zacząłem się chwilę zastanawiać, no i w końcu zwalił mi się na głowę jakiś rowerzysta, więc poszedłem sobie znaleźć inne miejsce, no bo co innego mogłem zrobić. Próba nr 2, tym razem było równie żałośnie, chociaż dogodne miejsce znalazłem szybko, to równie szybko znalazł się grzybiarz, który w niedoszłym miejscu mojej śmierci postanowił zbierać dobrodziejstwa lasu. Podirytowany postanowiłem wrócić do domu i spróbować innym razem...
Ktoś mógłby powiedzieć, że gdy ktoś chce się zabić to idzie do lasu w środku nocy tak aby mieć pewność, że nikt mu nie przeszkodzi, cóż dzisiaj mogę na coś takiego odpowiedzieć „byś się synek zdziwił”, bo właśnie między innymi do takiego wniosku doszedłem po trzecim podejściu. Próba nr 3 wyruszyłem do lasu jakoś o 3 w nocy dwa dni później, poszedłem w miejsce, w którym przeszkodził mi ten grzybiarz. Latarką z zapalniczki oświetlając sobie drogę, doszedłem na miejsce, jednak postanowiłem poczekać z 10 minut aby się zrobiło trochę widniej, ponieważ była naprawdę ciemno i ciężko byłoby mi zawiesić ten kabel, na którym się chciałem powiesić. Specjalnie widniej się nie zrobiło, za to usłyszałem, że coś jedzie (bo to w ogóle było takie drzewo przy dróżce leśnej), chcąc się na szybko schować okazało się, że nie bardzo mam jak i w końcu jak wyszedłem zza takiego krzaczka, za którym niespecjalnie dało się schować, to wyjechał na mnie traktor (swoją drogą to jakiś hardcorowiec jechał, bo nawet nie miał świateł włączonych, a ciemno było cholernie...), pewnie się trochę zdziwił jak mnie zobaczył więc postanowiłem ściemnić, że sobie idę i tam zaraz wrócić jak odjedzie. No ale on się tam zatrzymał i stał sobie w najlepsze, nie wiem poco, bo tam nic do roboty nie było, ale w końcu jak tak odchodziłem, straciłem nadzieję i wróciłem do domu.
Próba nr 4, to samo miejsce, podobna godzina, ten sam tydzień. Tutaj w zasadzie nie ma co się rozpisywać, chyba poza tym, że jak już doszedłem na miejsce, to zobaczyłem jakieś światło od strony z której przyszedłem. Nie żadne boskie itp. takie zwykłe z żarówki, a dokładniej jakby z latarni ulicznej, bo to było na takiej wysokości, problem w tym, że tam nie ma żadnej latarni, pewnie był to tylko zwykły świetlik, a ja po prostu miałem zwidy (chociaż dzisiaj wydawało mi się podobnie i nawet w tym samym miejscu, ale to olałem). Wtedy natomiast jakoś nie wiem czemu ale jak tak chwilę postałem to mi się odechciało, więc przybity i zażenowany poszedłem do domu.
Próba nr 5, czekałem kilka tygodni ale zasady te same, noc i to samo miejsce, tylko tym razem udało mi się zawiązać pętle, przywiązać kabel do drzewa, sprawdziłem czy wytrzyma mój ciężar, odpadł tylko jakiś kawałek kory (prawdę mówiąc to była tylko jakaś pozostałość po gałęzi, pewnie ktoś ją uciął albo złamał, ale to bez znaczenia powiesić się dało). Wszedłem na to drzewo, to są takie dwa drzewa ze sobą zrośnięte, także można było skoczyć z wysokości trochę ponad pół metra, w ogóle się nie bałem, niczym się nie przejmowałem, jedyne co irytowało mnie, że trochę niewygodnie się wchodzi na to drzewo, bo było śliskie, ale wszedłem, założyłem pętlę i skoczyłem, jedyne czego nie przewidziałem to, to że ten kabel będzie tak rozciągliwy, bo nic na to nie wskazywało, tak więc stanąłem na ziemi prawie na czubkach palców. W tym momencie pomyślałem „nie to się k***a nie dzieje”, poczułem beznadziejność, zażenowanie, i że tak powiem taki śmiech przez łzy (chociaż osobiście nie potrafię płakać, ale zaśmiać się zaśmiałem), generalnie takie uczucie w stylu, kiedy stanie się coś dziwnego w naszym kraju a my mówimy „tylko w Polsce” (kto jak kto Polak na pewno będzie wiedział o co chodzi) No to całkowicie zdemotywowany zdjąłem ten kabel i postanowiłem stamtąd pójść, a żeby było jeszcze dziwniej to jak tylko odszedłem to pojawił się przede mną jakiś dziadek na rowerze, a minutę później spotkałem drugiego dziadka na rowerze (oboje się zdziwili jak mnie zobaczyli), więc pewnie i tak by mnie któryś zaraz odczepił, ja nie wiem co ci ludzie tam robią po nocach, bo generalnie w stronę, w którą jechali jest 10 km ciemnym lasem do takiej małej wsi pod miastem, w którym mieszkam, a miejsce które sobie wybrałem a, z którego oni jechali jest oddalone o jakieś 2 km od domków na skraju miasta, ja osobiście, żeby tam dojść muszę przejść jakieś 4-5 km.
Teraz to już mi się niczego nie chce, nawet zdychać... i jakkolwiek mogę się wydawać ładnie pomylony, to tak naprawdę nie jestem chyba aż taki zły... a jeśli chodzi o moje powody – cóż – dobre lub złe jak każde inne...
P.s. Mówią, że jak ktoś ma problem i się wygada to czasem to potrafi pomóc, cóż jakoś mi nie specjalnie to pomogło...
Hmmmm, imponujący post, że też ci się chciało tyle pisać... ja bym to streściła dużo krócej. Skoro jest ci źle, życie ci nie przynosi radości,nie chce ci się żyć, to czemu nie pójdziesz do psychiatry, żeby ci coś przepisał?? Czemu nie pójdziesz do psychologa, żeby dostać wsparcie?
Nic samo się niestety nie zrobi, nawet sznur na drzewie sam się nie zawiąże. Albo wybierasz myśli samobójcze i dotychczasowe życie, albo decydujesz się coś zmienić. Pozgłębiaj trochę siebie, oprócz wiedzy na studiach.
Hmmmm, imponujący post, że też ci się chciało tyle pisać... ja bym to streściła dużo krócej. Skoro jest ci źle, życie ci nie przynosi radości,nie chce ci się żyć, to czemu nie pójdziesz do psychiatry, żeby ci coś przepisał?? Czemu nie pójdziesz do psychologa, żeby dostać wsparcie?
Nic samo się niestety nie zrobi, nawet sznur na drzewie sam się nie zawiąże. Albo wybierasz myśli samobójcze i dotychczasowe życie, albo decydujesz się coś zmienić. Pozgłębiaj trochę siebie, oprócz wiedzy na studiach.
He, a no jakoś tak wyszło Prawdę mówiąc wątpię, aby psycholog mógł mi powiedzieć dużo więcej niż ktokolwiek inny. Pewnie by mi powiedział, że będzie dobrze itp., kazałby coś zrobić, spróbować się z tego ucieszyć, żeby małymi kroczkami osiągnąć radość z życia i pewnie by przytoczył jakieś pojęcia psychologiczne, ale w taką pomoc trzeba uwierzyć, żeby zadziałała i sobie wmawiać rzeczy przeciwne do tych, które się ma w głowie, niemniej recepty na życie mi nie da. Niestety takie problemy nie są jak złamana kość, że da się wstawić na dwa tygodnie do gipsu i będzie ok.
Jeśli chodzi o psychiatrę i leki, to też tak średnio w to wierzę. Psychiatra sam w sobie powiedziałby mi pewnie to samo co psycholog, tyle że przepisałby jakieś leki, a to znowu chemia jest, a za chemią specjalnie nie przepadam. Przypuszczam, że miałyby działać na podobnej zasadzie jak niektóre narkotyki i mnie rozweselić (oczywiście są one bezpieczniejsze), ale chybaby mnie też otępiły zarazem. Może mam złe wyobrażenie o takich lekach, nie wiem...
Albo mogę próbować dalej i w końcu mi się uda. Co rozumiesz przez zgłębianie siebie, bo nad tym co mam ze sobą zrobić w życiu zastanawiam się bardzo intensywnie od lat, a jeśli chodzi o studiowanie, to akurat jest pic na wodę, sam nie wiem jak to jest, że udawało mi się zdawać przez te wszystkie lata. Pewnie tylko dzięki ściągom i dlatego, że zbytnio nas nie męczą. Mnie się w ogóle nie chce studiować i w ogóle mnie nie interesuje to co studiuję, takich jak ja jest niestety wielu, takich którzy po prostu chodzą do szkoły i nic z tego nie wynoszą, poza bezwartościowym papierkiem, który nie jest poparty żadną wiedzą.
Wiek: 21 Dołączył: 27 Maj 2011 Posty: 2341 Skąd: Warszawa
Wysłany: Pią 12 Sie, 2011 01:24
Ja też bym doradził pójście do psychologa czy (może lepiej) psychiatry. Jeśli nigdy nie próbowałeś to warto iść choćby żeby się przekonać (aczkolwiek nie ma też co liczyć od razu na cuda, leczenie może zająć "trochę" czasu ale myślę, że to i tak lepsze niż nie próbować).
_________________ “A man is a success if he gets up in the morning and gets to bed at night, and in between he does what he wants to do.”
Słuchaj, człowiek się rodzi po to żeby żyć, żeby osiągać jakieś cele i się ze swojego życia jakoś tam cieszyć. Jak nic nie cieszy i celem jest samobójstwo, to chyba coś jest nie tak? Mi to wygląda na depresję. Depresję można nabyć, ale są też ludzie którzy się rodzą ze skłonnościami do niej, bo ich organizm słabo radzi sobie z wytwarzaniem substancji odpowiedzialnych za nastrój. I niestety, ale muszą brać odpowiednie środki. Wydaje mi się, że życie jest jednak sporą wartością, i warto próbować, starać się, żeby czerpać z niego radość.
Można mieć niechęć do psychiatrów i dużo zastrzeżeń do leków psychotropowych , ale jedno co jest pewne, to po lekach wraca chęć do życia , mijają myśli samobójcze i życie nabiera większego sensu , nawet hobby z lat wcześniejszych wraca i sprawia przyjemność . Do linki i drzewa zawsze można wrócić ale może lepiej spróbować czegoś nowego żeby nie żałować że się nie spróbowało , trzeba być naprawdę silnym psychicznie żeby sobie samemu pomóc ale chyba silnych depresja omija , psychiatra , później psycholog i co ciekawe to myślenie się zmienia , zaczynasz szukać lekarstwa na to co doprowadziło do depresji
powodzenia
Do całości mogę dodać kolejne dwie próby. Dwa dni temu próba nr 6, kabel znowu się za bardzo rozciągnął i stanąłem na nogach oraz dzisiaj próba nr 7, do której przyłożyłem się o wiele bardziej, a w momencie, gdy skoczyłem i kabel się całkowicie naprężył to pękł, więc spadłem na stopy, zanim nawet zaczął mnie dusić, a ja ostatecznie go wyrzuciłem. Ahh... Jak to jest możliwe, że jeśli tylko chcę to mogę włożyć tak ogromną i chorobliwą determinację w osiągnięcie wybranego przez siebie celu, a koniec końców i tak mi nie wychodzi... i tak przez całe życie. Normalnie jak jakaś niedojda młody Werter u Goethego, tylko jemu się udało, niemniej i tak mu to szło jak krew z nosa... a i powody też mamy różne
Oczywiście ktoś mógłby zapytać dlaczego nie spróbuję rzucić się pod pociąg albo z wieżowca, przeszło mi to przez myśl i czasem wraca, bo i owszem sposoby pewniejsze, ale jakoś nie chcę się masakrować i chociażby stwarzać problemu podróżnym owego pociągu, jakim niewątpliwie byłby długi postój i czekanie na policję... a i znając moje szczęście pewnie by mnie to nie zabiło, ale zostałbym kaleką... Znowuż podcinanie sobie żył czy też nażarcie się tabletek (zresztą i tak nie wiem jakich, chociaż to pewnie można bez problemu w necie znaleźć) nie jest w moim stylu, że się tak wyrażę, pozostawię to nastolatkom. Los chyba chce mnie bardzo umęczyć, zanim pozwoli mi odejść...
Jestem nienormalny, wiem... do czegoś zmierzasz
mario napisał/a:
Można mieć niechęć do psychiatrów i dużo zastrzeżeń do leków psychotropowych , ale jedno co jest pewne, to po lekach wraca chęć do życia , mijają myśli samobójcze i życie nabiera większego sensu
Wydaje mi się, że to też chyba zależy od osoby, chociaż pewnie jak to jest jakaś silna chemia to chodzi się cały czas "naćpanym" i to zmienia nastrój człowieka... Może to głupie pytanie, ale tak z ciekawości, gdyby ktoś pomimo brania leków na siłę chciałby pozostać taki jaki jest, też by pomogło, tzn. rozweseliło? Czy tylko by się bardziej poszył?
Ostatnio zmieniony przez whatever3213 Sob 20 Sie, 2011 07:21, w całości zmieniany 2 razy
Wiek: 23 Dołączyła: 12 Sie 2011 Posty: 462 Skąd: z domu
Wysłany: Sob 20 Sie, 2011 09:58
Kurcze, ja nie lubię psychiatrów i psychologów, ale może naprawdę spróbuj, co Ci szkodzi? Zginąć zawsze jeszcze zdążysz, to jedyna "atrakcja" w życiu, która nikogo nie mija.
Wyglądasz na kogoś, kto wierzy/został nauczony, że w życiu trzeba być twardym gościem i prędzej się zabić, niż przyznać do problemów. Ale to czy życie cieszy i czy ma się jakiś cel to kwestia nastawienia, wiem, to trudne, ale da się zmienić. Ja celu w życiu nie widzę w dalszym ciągu, ale udaje mi się cieszyć różnymi drobnymi rzeczami. A miałam depresję, też raz próbowałam się zabić i było to okropnie żałosna porażka, wolałabym nawet o tym nie pisać.
Można zacząć dostrzegać w życiu śmieszne rzeczy. Pisałeś, że wnerwia cię absurdalność świata i hipokryzja ludzi. Zacznij się z tego śmiać, wtedy to ty będziesz górą, nabierzesz dystansu do tego wszystkiego. Ja się śmieję z różnych absurdalnych i żałosnych sytuacji, które mi się przytrafiają i czasem mam wrażenie, że dzięki temu czasem to ja wygrywam w starciu ze światem
Piszesz, że nic nie czujesz, że na nikim ci nie zależy. Może się mylę, ale mam wrażenie, że może po prostu wstydzisz się emocji i dlatego się ich pozbyłeś. Może jednak lepiej przyznać się przed sobą do różnych słabości niż wmawiać sobie, że ich nie ma. Trudno, czasem lepiej się zachować, jak głupi-emo-nastolatek, niż pozbawiać siebie wszystkich ludzkich emocji.
Warto starać się cieszyć różnymi drobnymi rzeczami, w stylu kształt chmur, kolor nieba itp. Możesz to uważać za "babskie", ale naprawdę - warto.
Mówisz, że masz jakieś hobby. To dobrze, nie ważne, czy ci wychodzi czy nie, ale po prostu robić coś, co się lubi.
Pozdrawiam i naprawdę, zostaw już to drzewo w spokoju!
Wydaje mi się, że to też chyba zależy od osoby, chociaż pewnie jak to jest jakaś silna chemia to chodzi się cały czas "naćpanym" i to zmienia nastrój człowieka... Może to głupie pytanie, ale tak z ciekawości, gdyby ktoś pomimo brania leków na siłę chciałby pozostać taki jaki jest, też by pomogło, tzn. rozweseliło? Czy tylko by się bardziej poszył?
Jak tak z ciekawości pytasz to Ci powiem, że leki nie zmieniają Ciebie jako osoby , masz te same przyzwyczajenia , te same rzeczy lubisz robić , po prostu nabierasz chęci do życia , nie przejmujesz się aż tak bardzo że Ci nie wyjdzie , czy ktoś Cię skrytykuje , po prostu realizujesz to co teraz chciałbyś tylko tylko się z jakiegoś powodu boisz to zrobić . Także jeśli sytuacja wygląda tak poważnie jak opisujesz , to pora zacząć żyć powodzenia
_________________ Jeden z miliardowej populacji ludzkości .
Prędzej czy później się zabijesz, tylko musisz się bardziej postarać... proponuje zamienić kabel na jakiś mocny sznur.
hmmm, a moze te 7 nieudanych prób coś oznaczają? moze masz zyc!!??
btw, ciekawe ile osób z fs.info popełniło samobójstwo...
--------------------------------------
Co najmniej dwoje ludzi z forum, czy ktoś jeszcze, tego nie wiem.... // antyk
Rozumiem Cię, Whatever3213. Mi też się marzy samobójcza śmierć. Nie tak często, jak dawniej, trochę się uspokoiłem pod tym względem, ale za to poważniej do tego podchodzę. Któregoś dnia zniknę i nigdy więcej się nie zjawię Dość mam ludzi, nawet niektórych fobików z tego forum, dość tego chorego świata. Po co się urodziłem? By umrzeć, to mój życiowy cel, umrzeć, nareszcie go znalazłem
_________________ Do Sztokholmu wpływa prom
Ćpuny cieszą się z daleka
To Polacy wiozą amfę
Już pół miasta na nią czeka
Wydaje mi się, że życie jest jednak sporą wartością, i warto próbować, starać się, żeby czerpać z niego radość.
Tylko nie zawsze jest to takie łatwe, ale o tym to chyba wszyscy wiemy, także w sumie nie mam co o tym wspominać
Pozdrawiam
Stalugwa napisał/a:
Kurcze, ja nie lubię psychiatrów i psychologów, ale może naprawdę spróbuj, co Ci szkodzi? Zginąć zawsze jeszcze zdążysz, to jedyna "atrakcja" w życiu, która nikogo nie mija.
Wyglądasz na kogoś, kto wierzy/został nauczony, że w życiu trzeba być twardym gościem i prędzej się zabić, niż przyznać do problemów. Ale to czy życie cieszy i czy ma się jakiś cel to kwestia nastawienia, wiem, to trudne, ale da się zmienić. Ja celu w życiu nie widzę w dalszym ciągu, ale udaje mi się cieszyć różnymi drobnymi rzeczami. A miałam depresję, też raz próbowałam się zabić i było to okropnie żałosna porażka, wolałabym nawet o tym nie pisać.
Można zacząć dostrzegać w życiu śmieszne rzeczy. Pisałeś, że wnerwia cię absurdalność świata i hipokryzja ludzi. Zacznij się z tego śmiać, wtedy to ty będziesz górą, nabierzesz dystansu do tego wszystkiego. Ja się śmieję z różnych absurdalnych i żałosnych sytuacji, które mi się przytrafiają i czasem mam wrażenie, że dzięki temu czasem to ja wygrywam w starciu ze światem
Piszesz, że nic nie czujesz, że na nikim ci nie zależy. Może się mylę, ale mam wrażenie, że może po prostu wstydzisz się emocji i dlatego się ich pozbyłeś. Może jednak lepiej przyznać się przed sobą do różnych słabości niż wmawiać sobie, że ich nie ma. Trudno, czasem lepiej się zachować, jak głupi-emo-nastolatek, niż pozbawiać siebie wszystkich ludzkich emocji.
Warto starać się cieszyć różnymi drobnymi rzeczami, w stylu kształt chmur, kolor nieba itp.
Możesz to uważać za "babskie", ale naprawdę - warto.
Mówisz, że masz jakieś hobby. To dobrze, nie ważne, czy ci wychodzi czy nie, ale po prostu robić coś, co się lubi.
Pozdrawiam i naprawdę, zostaw już to drzewo w spokoju!
Nie wiem wydaję mi się, że nie powiedzieliby mi nic co mogłoby zmienić moje życie i nastawienie, pewnie jedynie te leki mogłyby jakoś na mnie wpłynąć... a no wiem jak to mi rodzice od dziecka mówili „w życiu najpewniejsza jest tylko śmierć”.
W życiu chyba przydaje się być twardym... No pewnie tak, tylko to chyba jest takie trochę fałszywe, takie oszukiwanie siebie, po prostu trzeba sobie to wmówić, ale o tym co się już ma w głowie się nie zapomni i to jest największą przeszkodą, jak to mówią starego psa nie nauczy się nowych sztuczek...
Też się śmieję, ale to jest taki śmiech przez łzy, śmiech rozpaczy, że się tak wyrażę, po prostu człowiek rozkłada ręce i chce walić głową w ścianę
Emocje mogą namieszać w głowie...
Ah rozumiem, że ktoś może się cieszyć z wielu prostych rzeczy i mi to nie przeszkadza, tylko ja zwyczajnie tego nie dostrzegam.
Tak mam, tylko że jak ktoś chce być naprawdę dobry, a nie potrafi, to w końcu może się to na nim jakoś odbić i staję się coraz bardziej zgorzkniały. Oczywiście nie każdemu jest pisane spełnić swoje marzenia, być dobrym tak jak by tego chciał i ja sobie z tego zdaję sprawę, no ale...
Pozdrawiam
mario napisał/a:
po prostu realizujesz to co teraz chciałbyś tylko tylko się z jakiegoś powodu boisz to zrobić
Może w moim przypadku powiedziałbym bardziej nie chcesz i ci nie zależy, chociaż nie wykluczam, że mogę się czegoś bać... no nic.
Dziękuję i pozdrawiam
M.C. napisał/a:
Prędzej czy później się zabijesz, tylko musisz się bardziej postarać... proponuje zamienić kabel na jakiś mocny sznur.
hmmm, a moze te 7 nieudanych prób coś oznaczają? moze masz zyc!!??
btw, ciekawe ile osób z fs.info popełniło samobójstwo...
Może i tak, chciałem kupić sznur, ale stwierdziłem, że ten kabel mi wystarczy... jak widać się myliłem.
Średnio wierzę w takie znaki. Tylko właśnie po co? Bo na to nie potrafię odpowiedzieć
Nie wiem, ale raczej ciężko je będzie o to zapytać
Pozdrawiam
antyk napisał/a:
Rozumiem Cię, Whatever3213. Mi też się marzy samobójcza śmierć. Nie tak często, jak dawniej, trochę się uspokoiłem pod tym względem, ale za to poważniej do tego podchodzę. Któregoś dnia zniknę i nigdy więcej się nie zjawię Dość mam ludzi, nawet niektórych fobików z tego forum, dość tego chorego świata. Po co się urodziłem? By umrzeć, to mój życiowy cel, umrzeć, nareszcie go znalazłem
No może nie powiedziałbym, że o tym marzę albo fantazjuję, niemniej rozważam jako jedyne sensowne rozwiązanie sytuacji, no i oczywiście planuję w jakimś tam stopniu...
Też nie potrafię sobie odpowiedzieć na pytania po co się urodziłem. Jeśli jesteś tak zdeterminowany, to dlaczego czekasz? Pytam z czystej ciekawości, nie żebym się coś czepiał czy coś
Nie czekam, wegetuję z dnia na dzień. No i boję się umierania, nie śmierci, ale tego momentu umierania, że będzie bardzo nieprzyjemny itd.
Rozumiem, w sumie ten strach uważany jest za normalną reakcję. Chociaż ktoś mógłby powiedzieć, że skoro ktoś i tak chce się zabić to co go ten ból obchodzi ale z drugiej strony ciężko czasem walczyć z takimi rzeczami, to jest jak odruch bezwarunkowy. Wiem o co chodzi tylko ja akurat jakoś się tym nie przejmowałem, tzn. biorąc pod uwagę śmierć przez powieszenie się. bo z rzuceniem się pod pociąg albo z wieżowca to już inna sprawa. Mogłoby się okazać, że śmierć będzie wtedy "długa" (powiedzmy 30 min czy godzina męczarni, będąc doszczętni połamanym). Nie widzę powodu dla którego miałbym się tak męczyć... niemniej nie zaprzeczam, że jest to akt dużej odwagi, której możliwe, że mi brakuję, skoro nie odważyłem się na taki krok.
Sądzisz, że kiedyś Ci się uda czy w głębi ducha wydaje Ci się, że tylko się oszukujesz? W ogóle próbowałeś już?
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach
Fobia Społeczna - Socjofobia - Fobia Forum - Forum Fobia - Depresja - Zaburzenia Lękowe - forum dyskusyjne na temat fobii społecznej (socjofobii), niesmiałosci, fobii, depresji, zaburzeń lękowych i innych problemów psychologicznych.