Tym, co załapali się na jakąś celebrę – dobrej, bezstresowej zabawy
Wszystkim – zdrowia (fizycznego i psychicznego), zadowolenia z życia i siebie, no i kasy (nigdy za wiele).
Mój pierwszy Sylwester poza domem odbył się w gronie przeważająco fobicznym. Daruję sobie szczegóły (bo i dla postronnych niezbyt są interesujące), wyszczególnię tylko kolejne etapy:
Deczko stresujące wejście, ale dość szybkie zaaklimatyzowanie się (jak na moje normy), a w niedługim czasie pojawiło się przerażające uczucie, że spotkania z ludźmi są FAJNE. Były wahania formy, ale starałem się odzywać.
Zbliża się północ, teraz niemal cały czas siedzę cicho. Zmieniam pozycję z "pochylonej przystolnej" na "bezpieczną podścienną". Trwają krwawe łowy, czyt. wyciąganie do tańca. Nasz biedny didżej zostaje przeciągnięty przez pół kanapy, aż w końcu niknie w czeluściach piekła zwanego parkietem. Żal towarzysza niedoli. I ta myśl, że ja będę następny. Zliczmy moje doświadczenia taneczne:
-pseudostudniówka na koniec gimnazjum. Partnerka mnie ciągnie, a ja się opieram. W końcu się poddaje, a ja wracam do stołu i wsuwam mandarynki;
-wyjazd integracyjny do Gdańska na początku ogólniaka. Któregoś dnia idziemy do klasą do klubu. Żeby dotrzeć do strategicznych kanap i na nich przespać cały wieczór musiałem przejść przez parkiet. Doskoczyła koleżanka i złapała mnie za ręce. Stałem na baczność, całe ciało sztywne. Machnęła mymi rękoma na boki i puściła, a te bezwiednie opadły. Puściła mnie dalej.
Korzystając z okazji jeszcze raz wam, klaso MLD, dziękuję za nieukamienowanie mnie;
-minigierka rytmiczna w GTA: San Andreas.
Wracają bestie. Wiecie, to ohydne uczucie odrzucać samiczą propozycję i wyrywać ręce. Odzywają się te zdrowsze tkanki mózgu, goreją ze wstydu i postanawiam sobie, że KUTWA, PÓJDĘ. Jak nie dziś, to kiedy? Znieczulę się tylko jeszcze trochę alkoholem, bo skoro już mam odstawiać kabaret, to niech moje ruchy będą bardziej płynne, niż robotyczne. Niestety, jakoś się plany rozlazły, ludzie zniechęcili, ja też akurat nie mogłem się wstrzelić i sobie nie pobrykałem. To jest chyba rzecz, której najbardziej z tego wieczora żałuję. Odpuścić sobie tak ważny krok.
Z lapka leci Sonata Arctica. Potrafię wczuć się w konwencję i przymknąć ok...ucho na wiksę czy disco-polo, ale nie tak skrajnie przesłodzony power, który cztery lata temu podczas odsłuchu zafundował mi niezłą traumę i nadal mi nie przeszło. Boże, za co?
Północ i okolice. Znów odżywam, jeśli tak można nazwać wykonywanie jakichkolwiek ruchów. W 0:00 słychać strzały. Choć pokaz marny i krótki, to udzielała mi się atmosfera grupowego świętowania. Pałętałem się przy innych, nawet bez celu, starałem zmusić do dobrnięcia do laptopa i puszczenia czegoś swojego. Ten i kilka innych zamiarów nie doszły do skutku, ale dobrze, że pojawiają się takie porywy (hohoho, jak groźnie brzmi!)
Coś koło drugiej. Nieprzywyczajeni do balowania powoli zaczynamy odpadać ze zmęczenia. Pada propozycja obejrzenia filmu. Niestety brak czegoś z gatunku "tak złe, że aż dobre" i kraty browarków pod ręką, trzeba następnym razem o to zadbać. Pada na Blitz ze Stathamem, od którego odpadam po mniej niż połowie godziny, bo nawet luźna atmosfera nie uratuje crapu. W końcu zasypiam na jakieś półtorej godziny. Budzę się wczesnym rankiem (o ile w Nowym Roku istnieje takie pojęcie jak ranek), siedzę i kontempluję. Ostatecznie przesiedziałem około 12 godzin w cudzym mieszkaniu, wzrasta niepokój każący wracać do swojego bezpiecznego łóżka. Reszta zaczyna się budzić (kilka osób wcześniej już się zmyło), nibyśniadanie (jak to dobrze jest się taktycznie najeść przed wyjściem z domu) i powoli się zmywamy.
Kontynuuję rozmyślania w pustawym autobusie. Przypominam sobie słowa przyjaciółki (boję się tego słowa), z którą spotkałem się w piątek.
Liczą się małe kroczki. Porywanie się z motyką na słońce, wydumane plany, za wysoko postawione poprzeczki zawsze mnie sprowadzą na ziemię, bo to łakomy kąsek dla znerwicowanego mózgu. Powolne stąpanie nie jest już tak atrakcyjne jak chęć przemiany o 180 stopni nie kiwając palcem, ale pozwala stopniowo się przyzwyczaić do danej aktywności. To jest jedna z rzeczy które wiem, ale nie wiem. Zewsząd słyszę, wszędzie czytam, ale nawet truizmy czasem docierają do nas dopiero, gdy słyszymy je z cudzych, zaufanych ust w sprzyjającym momencie. Na tym m.in. polega siła terapeutów. To był dla mnie cholernie ważny krok. Wytrzymałem kupę czasu poza domem, wśród ludzi, i choć przebieg nie był spełnieniem mych kosmicznie wygórowanych marzeń, to odczuwam ogromną satysfakcję. Z każdym kolejnym razem będzie mi łatwiej. Dostrzegłem, jak wiele takich małych kroczków zrobiłem w minionym roku, który teraz widzi mi się jako zapowiedź przełomów mniejszych lub większych. Te może już w 2012?
Nie radzę z góry skreślać takich okazji i traktować ich jako "kolejny zwykły dzień", tylko wykorzystać je i coś zyskać. Trenować z ludźmi podobnymi sobie, a potem przenosić te nauki na osoby zdrowe. Taką radochę miejscami odczuwam, że chciałbym się z nimi spotykać dużo częściej albo uprawiać dziki seks przez telefon (który też jakby mniej przeraża - dwukrotne dzwonienie w ciągu tego weekendu, co nadal daje możliwą do policzenia na palcach jednej dłoni liczbę przypadków z CAŁEGO życia, gdy to łączyłem się z ludźmi poza najbliższą rodziną). Jaram się jak coś, co się bardzo jara.
Jeszcze raz dzięki całej ekipce.
Ostatnio zmieniony przez Mosze Wto 03 Sty, 2012 16:01, w całości zmieniany 1 raz
Rodzice i siostry ciągle mnie pytają jak spędzę sylwester, kogo zaproszę albo czy ja gdzieś z kimś lub do kogo idę. Niestety żadne z tych. Chyba czują żal do mnie ale cóż. Nie mam kogo zaprosić...
Ja tez nie mialam kogo, też pytali się mnie, kolejny riok a ja dalej nigdzie nie poszłąm, moze za rok coś się więcej uda.... Mam nadzieję
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach
Fobia Społeczna - Socjofobia - Fobia Forum - Forum Fobia - Depresja - Zaburzenia Lękowe - forum dyskusyjne na temat fobii społecznej (socjofobii), niesmiałosci, fobii, depresji, zaburzeń lękowych i innych problemów psychologicznych.