Chcę dać Wam do przeczytania tekst, który dałam memu psychiatrze kilka m-cy temu. Po zapoznaniu się z nim powiedział, że moja psychika wykazuje charakter schizofreniczny i zaproponował leczenie w szpitalu psychiatrycznym. Już 3-krotnie otrzymywałam skierowanie i za każdym razem rezygnowałam z tego, nie pozwala mi na to bardzo silnie rozwinięta fobia społeczna. Oto, co mu dałam:
Chcę zaznajomić na piśmie z tym wszystkim, co chcę przekazać od siebie na mój temat. Chcę przejrzyście przedstawić naturę moich problemów, wpisując je w określone ramy czasowe, przybliżając kluczowe z mojej perspektywy w porządku chronologicznym, wydarzenia z mojego życia, które wywarły na nie największy wpływ i ukształtowały mnie taką osobą, jaką jestem obecnie.
Zacznę od mego dzieciństwa, pierwszych lat życia. Przyszłam na świat jako chłopiec i byłam wychowywana na chłopca, w średnio-zamożnej rodzinie nauczycieli. Moi rodzice zawsze starali się, aby nie zabrakło mi ich miłości, opieki, ciepła rodzinnego. Czułam, że jestem dla nich ważna. Byłam mądrym, wrażliwym, ciekawym świata dzieckiem. Przez pierwszą dekadę mojego życia, nie zastanawiały mnie kwestie mojej płci, czy dobrze się czuję będąc chłopcem, czy też nie wolałabym być dziewczynką. Raczej nic nie wskazywało wtedy, że różnię się od przeciętnych chłopców w moim wieku. Nie miałam problemów ani z tożsamością płciową, ani też żadnego innego rodzaju. Jak to w dzieciństwie - życie często jest wtedy o niebo łatwiejsze, niż później. Od kiedy zaczęłam chodzić do szkoły, bardzo dobrze się uczyłam. Przez lata szkoły podstawowej, należałam do grona najlepszych uczniów. Jednak było coś ze mną nie tak - byłam dzieckiem mało samodzielnym względem rówieśników. Rodzice wyręczali mnie w zbyt wielu sprawach, nie dając mi możliwości zdobycia doświadczenia w samodzielnym radzeniu sobie. Ponieważ moja mama pracowała w tej samej szkole, do której uczęszczałam, przez okres podstawówki żyłam, mając ją pod bokiem niemal na każde skinienie. Wtedy odpowiadała mi taka sytuacja, nie miałam nic przeciwko, że mam przy sobie kogoś, na kogo opiekę mogę liczyć, do kogo zawsze mogę pójść, ilekroć będę miała problem lub też po prostu, o ile będę miała tylko potrzebę. Jednak mój brak samodzielności się pogłębiał, nie miałam ani w szkole, ani poza szkołą możliwości, aby nauczyć się sama radzić, bez rodziców, do których opieki zbyt mocno przywykłam. Kiedy patrzę na to z perspektywy dnia dzisiejszego, to myślę, że mogło mieć to swój negatywny wpływ, na moje przyszłe życie.
W wieku 10 lat odcisnęło swoje piętno na moim życiu, doświadczenie nieznanej mi dotąd sytuacji. Musiałam spędzić 2 tyg. w szpitalu, leżąc na zapalenie płuc. Nigdy wcześniej nie byłam tak długo poza domem, tak bardzo osamotniona. Szpital okazał się dla mnie zupełnie innym światem, gorszym światem, do którego zostałam wtrącona wbrew sobie. Oczywiście nikt mnie za fraki tam nie zaciągnął, zgodziłam się, jednak idąc tam czułam się przerażona, nie wiedząc, co mnie tam może czekać. To było typowe zachowanie także dla innych wrażliwych, nieśmiałych dzieci w moim wieku, jak się później przekonałam. Od początku nie chciałam leżeć z nikim w jednej sali, jednak byłam całkowicie posłuszna, bo tak mnie wychowano. Byłam cichym, zalęknionym dzieckiem, starającym się jak najmniej zwracać na siebie uwagę, bojącym się o cokolwiek prosić. Pamiętam, że już na samym wstępie, kiedy ostrożnie zaznajamiałam się z towarzyszami łóżek, przyszedł do nas nastoletni chłopak i chwalił się jakimś nożem. Podszedł też do mnie, mówiąc coś w stylu, abym uważała na siebie, bo może mnie chcieć skaleczyć, czy coś podobnego - nie wiedziałam do końca, czy mam to rozumieć jako żart, szpan, czy też dosłownie. Zaczęłam z dnia na dzień poznawać reguły tutejszego życia. Codziennie rodzice mnie odwiedzali, ale ja i tak czułam się koszmarnie opuszczona. Niektórzy pacjenci mi dokuczali, jak to dzieciaki mają w zwyczaju - zwracali przykre uwagi, straszyli nieraz. Jeden znacznie starszy chłopak, próbował mnie dla zabawy nawet dusić. Czasem podglądano mnie w ubikacji. Źle się z tym wszystkim czułam, marzyłam, aby jak najszybciej wrócić do domu. Bardzo ciężko było mi znieść pobyt w szpitalu, dnie ciągnęły mi się w nieskończoność. W końcu z powrotem znalazłam się w domu rodzinnym, mogąc odetchnąć z ulgą. Jednak po tygodniu okazało się, że muszę ponownie tam wrócić. Spędziłam kolejny tydzień, tak samo ciężko było mi wytrwać. Kiedy już na dobre opuściłam mury budynku, moje życie wróciło do wcześniejszego rytmu.
Rok później miało miejsce w moim życiu traumatyczne wydarzenie, którego następstwa odczuwam z pewnością po dziś dzień. Pogryzł mnie pies sąsiada. Zranił mi nogę w ten sposób, że nie obyło się bez szwów. Najgorszy był szok psychiczny, jakiego doznałam, kiedy zwierzę zaczęło mnie gryźć za kończynę. Trwało to moment, niemal natychmiast odciągnięto go ode mnie. Jednak ta krótka chwila wystarczyła, aby znacząco wpłynąć na moje przyszłe życie, po dzień dzisiejszy. Sądzę, że cierpię na stres pourazowy z powodu tamtejszego zdarzenia. Od tamtej pory boję się psów, te zwierzęta napawają mnie lękiem, nieufnością, za każdym razem, gdy mam z nimi do czynienia. Staram się ich unikać jak tylko się da. Śnią mi się koszmary senne z ich udziałem. Kiedy jest ciemno, a jestem poza domem, obawiam się, że znienacka wyskoczy na mnie jakaś bestia. Odczuwam strach, nieufność, dystansuję się nie tylko do czworonogów, także do innych gatunków. Potencjalnie każde zwierzę może mnie skrzywdzić - ugryźć, podrapać, wystraszyć, itd. Dlatego wolę się trzymać od wszystkich z daleka.
W wieku 13 lat skończyłam szkołę podstawową i zaczęłam naukę w odległym o kilkanaście km gimnazjum. Moja mama także przeniosła się tam, wraz z dotychczasową dyrektorką. Moja znacznie starsza siostra także została tam ściągnięta, ponieważ brakowało nauczycieli z jej wykształceniem. Przez kolejne 3 lata znowu nie miałam okazji, aby poznać, jak to jest chodzić do szkoły bez starszych mi bliskich, czuwających w pewnym stopniu nade mną. Wkroczyłam jako chłopiec już w okres dorastania. Zaczęłam się interesować sprawami seksualnymi. Spodobała mi się jedna z uczennic, z równoległej klasy. Fantazjowałam o niej, jak o mojej dziewczynie. Jednocześnie wiedziałam zaś, że mam nikłe szanse, aby zechciała być z kimś takim, jak ja, ponieważ w wieku gimnazjalnym byłam już tak mocno zalękniona społecznie, że każdorazowy dzień w szkole, napawał mnie stresem. Czułam lęk, kiedy odpowiadałam przy tablicy, chociaż nie byłam najgorszym uczniem; kiedy sprawdzano obecność; na korytarzu, jeśli ktoś zachowywał się wobec mnie inaczej, niż do czego byłam standardowo przyzwyczajona. Miałam swoją grupę osób, z którymi trzymałam ściślejszy związek, niż z resztą uczniów, było to kilku chłopców. To właśnie z dziewczynami trudniej było mi nawiązać kontakt, właściwie nigdy nie podjęłam choćby próby nawiązania bliższych stosunków koleżeńskich z żadną z nich. Zawsze byłam nastawiona lękliwie do tego typu planów i nie zależało mi aż tak mocno, aby je realizować. Tym bardziej byłam sceptyczna wobec bardziej spektakularnych celów, jak chociażby z tą dziewczyną, która podobała mi się najbardziej ze wszystkich w szkole.
Pewnego razu, w wieku 14 lat, zdałam sobie sprawę, że chcę włożyć na siebie typowo damskie ubranie. Nie zastanawiałam się długo nad tym, chcąc jak najszybciej doświadczyć czegoś, co dotąd było mi obce i wkrótce to zrobiłam. Ponieważ dało mi to pobudzenie seksualne, a wcześniej czytałam o ludziach, którzy lubią przebierać się w strój płci przeciwnej, pomyślałam więc, że mogę być transwestytą. Moje nowo odkryte skłonności traktowałam pół-żartem, pół-serio, lubiłam się czasem przebrać na chwilę. Robiłam jednak to po kryjomu, tak aby nikt nie mógł mnie zobaczyć, wstydziłabym się koszmarnie.
Zaczęłam fantazjować o sobie, jak o dziewczynie – że mam takie samo ciało jak one, taki sam charakter, usposobienie, jestem uczennicą. Fantazjować, że jestem kobietą, która kocha się z mężczyzną.
Nadal byłam zauroczona dziewczyną z sąsiedniej klasy, która mi się podobała. Lecz zdałam sobie sprawę, że nie tylko ja - chłopiec, chciałbym mieć ją za partnerkę, lecz także chciałbym być nią - znajdować się w jej skórze, nosić jej imię, żyć życiem dziewczyny, być dokładnie taką samą piękną i rozchwytywaną, uroczą i delikatną niewiastą, jak ona.
W wieku 16 lat skończyłam gimnazjum i poszłam do liceum. Moje lęki społeczne wcale nie osłabły, nie liczyłam na to nawet. Wiedziałam, że utrudniają mi one znacznie życie, lecz liczyłam, że jeśli się solidnie przyłożę i popracuję nad tym, to będę w stanie je zwalczyć. Tylko jakoś zawsze odkładałam to na czas nieokreślony, żyjąc z dnia na dzień, ulegając irracjonalnym reakcjom mego organizmu, mojej psychiki, na świat zewnętrzny, na kontakt z ludźmi. Końcowe m-ce roku szkolnego I klasy, okazały się dla mnie piekielne pod tym względem. Z nauką nienajlepiej mi szło, nie chciało mi się uczyć, wolałam uciekać od rzeczywistości w wirtualny świat gier komputerowych, bądź internet. Wolałam zagłuszać swoje nawarstwiające się problemy. Doszło do tego, że byłam zmuszona zdać egzamin poprawkowy z matematyki. Przez całe wakacje nie zajrzałam nawet do książki, odrzucało mnie od nauki przedmiotu, który uważałam za taki, którego nauka jest dla mnie zbędna, że nic on mi nie da, jedynie tą głupią promocję do następnej klasy. Czułam się na ostrzu noża, ponieważ z drugiej strony wiedziałam, że jeśli nie zdam, to będę musiała powtarzać klasę, co oznaczałoby dla mnie znoszenie kolejnego wstydu i upokorzenia, na gruncie lęków społecznych. Coraz bardziej odrywałam się od rzeczywistości, snułam najprzeróżniejsze fantazje o wizjach mego przyszłego życia, kiedy już będę dorosła, kiedy problem szkoły będzie już poza mną. To były wizje życia mojego jako mężczyzny, jak też jako kobiety. Jeśli chodzi o męskie, to rozważałam w realnych kategoriach, karierę wojskową w przyszłości, że udaje mi się zostać komandosem; silnym, śmiałym, pewnym siebie, brutalnym facetem, napakowanym testosteronem. Takim, który nie musi się niczego obawiać, tak jak obawiałam się ja - pełna lęków społecznych istota z koszmarnie niską samooceną. Jeśli chodzi o wizje życia jako kobieta - tutaj pragnęłam być delikatną, wrażliwą dziewczyną, emanującą urokiem, wdziękiem właściwemu kobiecie; która nie ma problemów z powodzeniem wśród mężczyzn.
W połowie sierpnia coś uległo we mnie zupełnemu przewartościowaniu, diametralnie zmieniło moje dotychczasowe spojrzenie na siebie, na moje życie. Nagle wszystko stało się dla mnie jasne - w ciągu jednej nocy, zdałam sobie sprawę z tego, co już na zawsze zmieniło moje myślenie o życiu. Miałam wtedy 17 lat. Uświadomiłam sobie, że bardzo mocno zależy mi na zmianie płci i życiu w roli kobiety. Dotychczas nie zdawałam sobie z tego sprawy, nie brałam takiej możliwości pod uwagę, od czasu do czasu fantazjowałam po prostu. Teraz zaś doznałam jakby olśnienia - poczułam prawdziwą więź z żeńską częścią społeczeństwa. Świadomie się z nią utożsamiłam. Odkryłam w sobie skrywane dotychczas, oblicze kobiety. Kiedy wyobraziłam sobie szczegółowo, że posiadam kobiece ciało, doznałam wyjątkowego w dotychczasowym życiu uczucia, tak pięknego, jakiego nie dane mi było dotąd poznać. Kiedy wyobraziłam sobie, że żyję jak każda normalna kobieta - mogąc nosić damskie ubrania, do której zwracają się w formie "pani", która ma swojego partnera, może realizować wszelkie zainteresowania właściwe kobiecie - byłam już przekonana, czego chcę w życiu. Uświadomiłam sobie, że czuję się kobietą i że jestem nią psychicznie. Postanowiłam, że zmienię płeć i będę żyć jako ona. Od tamtej nocy zaczęłam myśleć o sobie, jak o kobiecie, unikając męskich końcówek, zastępując je zaś kobiecymi.
W kolejnych dniach bardzo dobrze czułam się z moją nową świadomością, nowymi planami. W internecie wyszukałam odpowiednie informacje nt. zmiany płci i ogólnie transseksualizmu. Zarejestrowałam się także na forum dla transseksualistów, miejscu, gdzie mogłabym liczyć na wirtualny kontakt z osobami, borykającymi się z tym, czym ja. W międzyczasie zaliczyłam poprawkę, z pozytywnym skutkiem, byłam zaskoczona, że udało mi się zdać. Mogłam dzięki temu całkiem skupić moją uwagę na transseksualizmie. Zaczęłam dużo czytać na ten temat. Początkowo wydawało mi się, że pewnie się mylę co do siebie, że tak naprawdę nie jestem trans, nie byłam bowiem podręcznikowym przykładem takiej osoby. Także nie wszystkie osoby, z którymi utrzymywałam kontakt na forum, miały o mnie takie mniemanie. Niektóre z nich miały mnie za schizofrenika, za sprawą kontrowersyjnego języka, jakim zdarzało mi się operować. Jeśli chodzi o internet, to na tym polu czułam się o niebo swobodniej, niż w realnym życiu, toteż pozwalałam sobie niemal na wszystko, dając temu upust.
Spostrzegłam, że te rzeczy, które czynią moje ciało męskim - brzydzą mnie. To jeszcze bardziej utwierdziło mnie w konieczności (oraz ze względu na nieodparte pragnienie) zmiany płci. Bardzo szybko zdecydowałam się zapoznać moją mamę z moimi planami. Spotkałam się z akceptacją i wsparciem z jej strony. Zaczęłam wierzyć, że może mi się udać ułożyć sobie szczęśliwe życie, jako kobieta.
Jednak nadal nie byłam w stanie się zmierzyć z moimi lękami społecznymi. Teraz już co prawda zaczęłam podejrzewać, że mogą być one spowodowane tym, iż moja psychika nie zgadza się z ciałem, lecz nadal nie potrafiłam się za nie zabrać. Mało tego, mój transseksualizm stawiał mnie w jeszcze gorszej sytuacji pod tym względem. Toteż zaczęłam dalej uciekać w fantazje o życiu, jako brutalny mężczyzna. Dodawało mi to otuchy w starciu z przykrą codziennością, doświadczania ogromnych stresów na każdym kroku. Miałam wątpliwości, w którym kierunku podążać w rzeczywistości. Czy iść w kierunku zmiany płci i życia jako kobieta, co będzie mnie kosztować wewnętrznie zmierzenie się z przeciwnikiem bez porównania ode mnie silniejszym, czy też jednak zdecydować się pozostać facetem, "ubrutalnić się" "uniewrażliwić", "uzwierzęcić", aby znieczulić się na problemy związane z fobią w stosunku do społeczeństwa. Nie wiem na ile pragnienie życia jako mężczyzna, spowodowane było uzyskaniem jedynie "tarczy ochronnej", na ile zaś spowodowane moją faktyczną potrzebą. Na pewno wojsko nie było mi obojętne - pociągała mnie armia, dyktatura państwowa, wojny i podboje ziem. Zafascynowała mnie książka Suworowa o Specnazie.
W szkole było mi coraz ciężej psychicznie wytrzymać. Zaczęłam chodzić w kratkę, unikając niektórych dni. Nagromadziłam sobie zaległości. Czułam się coraz bardziej obco w klasie, jak osoba niepożądana. Czułam, że dłużej nie pociągnę w ten sposób, że muszę natychmiast coś zrobić z moim życiem, moim lękiem. Wybrałam wariant ucieczki od problemu, zamiast konfrontacji. Z ciężkim sercem, ale rzuciłam naukę. Zerwałam wszelkie kontakty ze szkołą, z wszelkimi znanymi mi tam osobami. Nie widziałam wówczas innego wyjścia. To był listopad, 2004. Nie wiedziałam, co dalej począć z moim życiem. Zamknęłam się już zupełnie w czterech ścianach domu. Miałam wiele pomysłów, jednak równie wiele wątpliwości, czy jestem w stanie podołać jakimkolwiek planom. Kolejne m-ce spędzałam na wątpliwościach o tym, na czym mi tak naprawdę zależy w życiu, nie dochodząc do zadowalających wniosków. Rozważałam także pesymistyczne warianty, takie jak samobójstwo.
W końcu skończyłam 18 lat. Ponieważ nadal utrzymywało się we mnie przekonanie, że chcę zmienić płeć, postanowiłam działać w tym kierunku. Z pomocą rodziców, jeździłam do Warszawy. Nie byłam natomiast przekonana, czy nie porywam się z motyką na słońce, czy mój lęk społeczny prędzej czy później, nie sprowadzi mnie brutalnie na ziemię. Mimo wszystko starałam się wierzyć, że jakoś to będzie. Wątpliwości, czy sobie poradzę, utrudniały mi szybkie działanie. Wszystko toczyło się zbyt wolno, zbyt dużo było we mnie zwątpienia w moje siły. Czułam się tak oderwana od rzeczywistego życia w społeczeństwie, że trudno mi było wierzyć, że mogę być kiedykolwiek w stanie.
W tym samym roku, tych samych m-cach, dzięki głębszemu poznaniu nauk buddyzmu, dostrzegłam nowe światło rzucone na moje życie. Buddyzm przedstawiał zupełnie inny punkt widzenia, niż pryzmat, przez który na siebie dotąd patrzyłam. Czułam się kobietą, wierząc, że zmiana płci i życie w zgodzie tożsamości psychicznej z fizyczną, przyniesie mi najcenniejsze dla mnie szczęście. Tymczasem nauki Buddy mówiły, że nasze ciało, nasz mózg, otaczający nas świat - inni ludzie, zwierzęta; niebo i ziemia - wszystko, co istnieje, żywe lub martwe - nie istnieje w rzeczywistości, lecz jest jedynie iluzją. Tylko nam się wydaje, że jesteśmy mężczyzną lub kobietą, człowiekiem, że żyjemy w określonym miejscu na Ziemi, w określonej roli. Tak naprawdę zaś to wszystko jest niczym fatamorgana, która pojawia się i zanika, jak najdoskonalszy realistycznie sen. Nasza prawdziwa natura oraz natura wszechrzeczy, prawda o nas, o świecie, Bogu - leży gdzieś indziej. Musimy dotrzeć do esencji tej prawdy, zgłębiając naturę Absolutu, odkryć prawdziwą naturę egzystencji - dopiero wówczas osiągniemy pełnię szczęścia, którego nikt ani nic nie będzie w stanie nam odebrać, uwolnimy się raz na zawsze od cierpienia. Budda uczy, że życie każdej czującej istoty, jest okupione cierpieniem. Cierpimy dlatego, ponieważ nie rozumiemy, od czego zależy poczucie szczęścia, a od czego cierpienia. Wyjaśnia nam, że gubi nas nasze pragnienie uzyskania w życiu tego, co jest dla nas ważne oraz uniknięcia za wszelką cenę tego, czego nie chcielibyśmy doświadczyć. Naucza, że w ten sposób podchodząc do życia, nie uzyskamy prawdziwego szczęścia, prawdziwego wyzwolenia. Prawdziwe zaspokojenie, prawdziwą wolność, da nam jedynie stan oświecenia lub inaczej nirwany. Każdy ma w sobie potencjał, aby go osiągnąć, tak jak doszedł do niego niegdyś sam historyczny Budda Siakjamuni. Wymaga to pracy ze swoim umysłem, świadomością, jaźnią. Jednakże chcąc dostąpić oświecenia, nie należy się przywiązywać do tego kim się jest - do swego ciała, psychiki, swoich marzeń, spraw doczesnego świata, ponieważ to wszystko jest jedynie tymczasowe, skazane na przeminięcie i zagładę, prędzej czy później, z biegiem czasu. Po naszej śmierci nic nam to nie da - odrodzimy się ponownie jako człowiek, zwierzę, bądź jeszcze w innej formie, będzie zależeć to od naszej karmy, jaką nagromadziliśmy w poprzednich wcieleniach. Będziemy się rodzić i umierać, w nieskończoność, będąc uwikłanymi w naprzemienne doświadczenie poczucia szczęścia lub cierpienia, dopóki nie powiemy procesowi reinkarnacji stop. Możemy to uczynić właśnie w tej chwili, podążając drogą wiodącą ku oświeceniu. To trudna droga dla tych, którzy nie mogą się do końca wyrzec przywiązania do rzeczy, które są skazane na przeminięcie po naszej śmierci - a ja właśnie nie potrafię się wyrzec mego marzenia o zmianie płci i życiu jako kobieta. Jednocześnie zaś równie mocno zależy mi na oświeceniu. Na tym polu toczy się po dzień dzisiejszy nieustanny konflikt - nie wiem, co jest dla mnie ważniejsze, nie mogę też podjąć żadnej wiążącej decyzji.
Kolejnym członem, wpędzającym mnie w konflikt wewnętrzny, jest kwestia związana z ideologią nazizmu. W tym samym roku i tych samych m-cach, w wieku 18 lat, zaczęłam postrzegać jeszcze inne spojrzenie na moje życie. Wcześniej dużo czytałam na temat Adolfa Hitlera oraz III Rzeszy. Byłam zafascynowana tą tematyką. Stawiałam sobie pytania w stylu - czy Hitler nie mógł mieć racji w stosunku do Żydów, Niemców, problemów nękających świat? Czy w obecnych czasach historia przedstawia go takim, jakim faktycznie był, opisując jako zbrodniarza? Czy też prawda o nim może wyglądać zupełnie inaczej? Doszłam do wniosku, że tak naprawdę w dzisiejszych czasach, tak pełnych różnego rodzaju manipulacji, nie możemy być pewni tego, kim rzeczywiście był Hitler. Nie możemy go oceniać jednoznacznie. Założyłam zupełnie przeciwną wersję historii, niż przedstawianą w podręcznikach. Mianowicie Hitler był tym człowiekiem, który odkrył prawdziwą naturę rzeczywistości, prześwietlił prawdziwe zagrożenie dla świata, ludzkości, dla szczęścia każdego człowieka na Ziemi. Żydzi byli tym zagrożeniem. Odkrył też, kto potrafi się przeciwstawić destruktywnej sile tej rasy. Jedynie czystej krwi Niemcy byli w stanie sprostać wielkiemu zadaniu, przed nimi stojącemu. Mieli stoczyć z rasą żydowską ostateczną bitwę o panowanie nad światem, swoisty Armagedon. Zwycięstwo Żydów oznaczałoby triumf Złego, panowanie Szatana nad ludzkością, zwycięstwo rasy aryjskiej, utożsamianej z Niemcami zaś - błogosławieństwo dla świata, triumf woli Wszechmogącego. Hitler niczym Budda, odkrył drogę wiodącą ku wyzwoleniu świata od tego, co złe, co przynosi mu cierpienie. Jednak inaczej niż Budda, nie wybrał pokojowej metody, lecz postawił na konfrontację - albo oni nas zniszczą, albo my ich. Hitler przez całe swoje życie był wierny swojej idei, całe życie walczył o tą wielką sprawę - szykował się na ostateczną bitwę dobra ze złem.
Tak więc założyłam taką wersję historii, spodobała mi się ona tak mocno, że zechciałam być na miejscu Hitlera, kimś, kto dumnie niósłby sztandar zwycięstwa, w tym wypadku swastyki, który walczyłby o triumf dobra nad złem - zbawienie świata od zła, zgodnie z wolą Najwyższego. Pomyślałam sobie, że jeżeli każdy z nas podlega reinkarnacji, to musi obecnie żyć na świecie jego inkarnacja i to może być potencjalnie każdy człowiek, nawet ja sama.
Kiedy skończyłam 18 lat, po raz pierwszy zaczęłam się realnie zastanawiać, czy rzeczywiście nie byłam Adolfem Hitlerem w jednym z wcześniejszych wcieleń. Nasuwały mi się pewne przesłanki, mogące na to wskazywać. Wraz z biegiem m-cy zaczęłam dostrzegać coraz liczniejsze zbieżności, podobieństwa między moim życiem, a jego - co mogło wskazywać, że jestem jego inkarnacją. Kiedy doszły pewne moje osobiste wyliczenia matematyczne, mające związek z numerologią, wliczając w to wszystko moją wewnętrzną więź z Hitlerem i utożsamianie się z jego osobą, wiedziałam już, że nie mogę bagatelizować faktów świadczących w moim mniemaniu, że mogłam być Hitlerem. Aczkolwiek wcale nie musiałam. Po dzień dzisiejszy prawdopodobieństwo, że rzeczywiście nim kiedyś byłam, oceniam wysoko, nawet na 50 %.
W tym samym czasie byłam częściowo zaangażowana w proces zmiany płci. W końcu udało mi się przejść konieczne badania fizyczne oraz testy psychologiczne. Nie było przeciwwskazań dla rozpoczęcia leczenia hormonalnego. Dopuszczenie mnie do tej fazy, było kontrowersyjne. Jednak nie zależało mi wtedy na fachowej ocenie mego stanu psychicznego, wiedziałam czego chcę i to mi wystarczało. W wieku 19 lat zaczęłam przyjmować hormony. Moje ciało zaczęło się powoli zmieniać. Cieszyłam się z tego, że cechy męskie wyglądu osłabiają się, postępują zaś kobiece. Jednak nie czułam się gotowa, aby zajmować się czymś więcej, na drodze ku zmianie płci i życiu jako kobieta, niż przyjmowaniem hormonów. Cały czas zatracałam się w iluzji mych wyobrażeń, przeróżnych koncepcji na życie, sprzecznych ze sobą. W końcu lekarz zaczął pytać, kiedy zamierzam składać wniosek do sądu, o zmianę danych metrykalnych, co miało być kolejnym etapem. Ja zaś nie byłam na to gotowa, chodzić po sądach, iść na rozprawę i publicznie uregulować kwestie związane z tożsamością. Sprawdziły się moje pesymistyczne przypuszczenia, że mój lęk społeczny nie da mi zrealizować tego, na czym mi zależy. Nie byłam w stanie dalej się posuwać. Jeżeli zaś nie byłam, to również nie mogłam dłużej przyjmować hormonów. To nawet mogło być niebezpieczne dla organizmu, ponieważ nie byłam zdolna nawet udać się w publicznie miejsce, aby wykonać badania kontrolne. Szarpałam się z myślami, nie chcąc wstrzymywać procesu zmiany, ostatecznie jednak wybrałam drogę ucieczki od problemu, chociaż wiedziałam, że to ucieczka na oślep, nic nie dająca. Przerwałam proces zmiany, odstawiając hormony. Zrobiłam to samodzielnie, stopniowo zmniejszając dawkę. Z lekarzem urwałam wszelki kontakt. Było lato 2007, znowu znalazłam się w punkcie wyjścia, nie wiedząc co z sobą począć. Czułam się słaba, niezdolna do podejmowania decyzji, które potrafiłabym skutecznie realizować. Wiedziałam, że cierpię, lecz nie mogę temu zaradzić. Kolejny raz przechodziły mi przez głowę te same myśli, w tym samobójcze. Pewną nadzieją stały się dla mnie leki przeciwdepresyjne, przeciw lękowe, w nich upatrywałam jakąś szansę, że ułatwią mi pewne sprawy. Takim sposobem trafiłam do gabinetu psychiatrycznego.
Poza wizytami tam, dalej tkwiłam wyłącznie w czterech ścianach domu, totalnie wyizolowana społecznie, we własnym świecie iluzji przekonań o sobie, o otaczającym mnie świecie. Moje teorie związane z Hitlerem ewoluowały. Doszłam do miejsca, w którym zaczęłam uważać, że mogłam odczytać następującą wersję mojego dalszego przeznaczenia w tym życiu i w kolejnych, wolę samego Boga. Zmieniała się ona nieco kilkukrotnie. Na dzień dzisiejszy może ona wyglądać następująco:
Mam w tym życiu odbudować to, co Hitler pozornie przegrał. Otrzymałam od losu nową szansę na ostateczną już tym razem rozprawę z siłami ciemności. Wola Stwórcy powołuje mnie do wielkich czynów, największych, jakim jest w stanie sprostać śmiertelnik. Jest mi pisane stanie się nowym wodzem, wskrzeszonej do życia Rzeszy Niemieckiej, odbudowa potęgi i triumfalny marsz przeciwko rasie demona - Żydom. Jest mi pisane stworzenie nowej religii dla Niemców oraz całego świata - będzie nią synteza chrześcijaństwa, buddyzmu oraz ideologii nazizmu. Pozorne sprzeczności zostaną usunięte, nowa religia zaś będzie ostateczną religią, wiodącą ku ostatecznemu zbawieniu. Ostatecznym zbawieniem zaś będzie stan nirwany dla wszelkich istot ludzkich i nie ludzkich. Żydzi też zostaną ostatecznie zbawieni. Jednak najpierw zostaną oczyszczeni z nasienia zła. Tak samo inne nie-aryjskie rasy. Zbawicielami będą Niemcy, ze mną w roli nowego Mesjasza. To właśnie Niemcom jest pisane zbawienie reszty istnienia, to jest prawda, a wszelkie inne twierdzenia są fałszywe.
Ta wizja mego i innych przeznaczenia także wydaje mi się równie prawdopodobna, w realnych kategoriach. To nic, że czuję się kobietą, że trawią mnie lęki społeczne, setki wątpliwości, że prawdopodobnie nie ma we mnie niemieckiej krwi. Jeśli zdam się na łaskę Wszechmogącego, on uczyni mnie narzędziem zdolnym do wypełnienia Jego woli. Wydaje mi się, że samodzielnie już dysponuję wystarczającą mocodajną wiedzą, która pozwoli mi szybko odmienić moje życie, jeśli tylko z niej zechcę skorzystać.
Analizowałam wielokrotnie w ostatnich latach całościową naturę moich problemów z płcią, religią, hitleryzmem, wraz ze wszystkimi zmianami w tej materii; czego to jest oznaką. Nie doszłam do zadowalających wniosków. Być może cierpię lub rozwija się u mnie jakaś choroba psychiczna. Zastanawiała mnie schizofrenia, zaburzenia typu BPD. Być może należy doliczyć nerwicę natręctw, co nie ułatwia mi sprawy, w ogóle życia.
Nie mogę pogodzić ze sobą 3-ech różnych koncepcji na życie. Gdyby mi się udało trwale zdecydować na jedną z nich lub też wypracować rozsądny kompromis, być może nie musiałabym teraz szukać pomocy psychiatrycznej. To są 3 podstawowe drogi życiowe, jedną z których chciałabym móc podążyć, gdybym tylko wiedziała, którą mam wybrać, czego nie mogę uczynić, gdyż targają mną non stop wątpliwości. Kolejność bez znaczenia.
I droga - wyrzekam się moich pragnień o zmianie płci i życiu jako kobieta, aby móc podążyć ścieżką buddyzmu wiodącą mnie ku oświeceniu, dla mego własnego dobra oraz wszelkich czujących istot. Poświęcając moją kobiecość unikam sytuacji, w której czuję zbyt duże przywiązanie do kobiecego ciała i życia jako kobieta, co w buddyzmie jest negatywne, gdyż nie pozwala w pełni się oddać drodze ku ostatecznemu wyzwoleniu, poza życiem doczesnym.
II droga - wyrzekam się moich pragnień o zmianie płci i życiu jako kobieta, aby móc podążyć ścieżką hitleryzmu, którą samodzielnie poznałam, odczytałam i zrozumiałam. Są mi pisane wyższe rzeczy, mam wyzwolić siebie oraz cały świat ze zła, warunkującego cierpienie wszelkich czujących istot. Osiągnę to przez odbudowę Wielkich Niemiec oraz pokonanie sił wroga, jak też dzięki nowej religii.
III droga - uznaję za najważniejsze dla siebie, życie doczesne, ponieważ nie mam pewności, w jaki sposób wyzwolić siebie i innych ku nirwanie. W życiu doczesnym zaś najważniejsze jest dla mnie życie jako kobieta po zmianie płci. Tym samym będę miała szansę spełnić moje najskrytsze, najgłębsze pragnienia związane z kobiecością. Zrealizuję moją potrzebę uległości wobec mężczyzny, Boga, ojczyzny, co mogę wyłącznie zrealizować w kobiecej skórze, zgodnie z tożsamością mojej psychiki.
To właśnie między tymi 3-ma rozgrywa się główny konflikt. Są dla mnie tak samo niemożliwe do realizacji na wyłączność, jak też nie do pogodzenia ze sobą w jakąś 4-tą, kompromisową dla wszystkich 3-ech. Ciągle próbuję wybrnąć z tej sytuacji, bezskutecznie. Ostatni tegoroczny miesiąc sierpień, był burzliwy pod tym względem. Wydawało mi się przez moment, że udało mi się podjąć ostateczną decyzję i zdecydować się na któryś z wariantów na życie. Czasami mi się tak wydaje. Mam wtedy chwilowo przeświadczenie, chwilową pewność, czego konkretnie chcę, popadam w stan euforii, która jednak szybko mija, ponieważ niebawem coś mnie sprowadza z powrotem na ziemię, kiedy to uświadamiam sobie, że przecież nie mogę być niczego pewna, moja decyzja okazała się ponownie iluzją. W przeszłości już wielokrotnie podejmowałam, jak mi się wydawało wówczas ostateczne decyzje o tym, co jest dla mnie priorytetem w życiu i co zacznę od zaraz realizować, za każdym razem pewność słuszności powziętej decyzji, utrzymywała się u mnie nie dłużej, niż kilka dni.
To wszystko doprowadziło mnie ku decyzji o próbie samobójczej, tegorocznego sierpnia. Złożyło się na nią kilka czynników. Jednak nie chciałam do końca umrzeć, chciałam oddać się w ręce ślepego losu, boskiej opatrzności, czy też innej siły lub zwykłemu przypadkowi. Miałam zamiar zażyć sporą dawkę leków, popijając alkoholem, po czym poinformować rodziców o tym, co zrobiłam; czyniąc tak, aby znaleźć się na krawędzi śmierci i życia. Jednak w ostatnim możliwym momencie, kiedy już miałam je zażyć, rozmyśliłam się. Skończyło się na kolejnym pocięciu się nożem, tak jak czyniłam to kilkunastokrotnie w przeciągu ostatnich 2 lat, z poczucia nienawiści do siebie, chęci zagłuszenia psychicznego bólu bólem fizycznym.
Obecnie zaś postanowiłam poszukać pomocy psychiatrycznej. Nie chcę dłużej niczego ukrywać na mój temat, stawiam na pełną szczerość. Zależy mi, aby poznać opinię specjalistów.
Czuję, że mogłam zatracić i cały czas mogę zatracać kontakt z rzeczywistością, tkwię nieustannie wyłącznie w świecie moich własnych wyobrażeń i koncepcji na mój temat oraz świata zewnętrznego, którego tak naprawdę nie znam, którego nigdy nie poznałam. To wszystko dzięki mojej izolacji od społeczeństwa. Nie wiem, co jest prawdą, a co fałszem. Tak mocno się gubię, że potrafię zakwestionować wszystko. Jestem przekonana, że jestem psychicznie kobietą, chociaż posiadam sporo cech męskich, nie tylko jeśli chodzi o ciało, że zmiana płci byłaby dla mnie właściwą opcją. Jednocześnie zaś nie ufam memu przekonaniu, dopuszczam możliwość, że może ono być fałszywe. Kwestionuję znaczenie poszczególnych religii, dopuszczając możliwość, że nie istnieje w ogóle jakakolwiek forma świadomej egzystencji po śmierci. Wszystko wydaje mi się względne, relatywne, wątpliwe, wszystko zawodzi, nic nie daje ukojenia. Moja głowa jest pełna myśli, polem bitwy. Bardzo się boję kontaktu z żywym człowiekiem. Boję się, że jedna niefortunna opinia potencjalnie może spowodować u mnie próbę samobójczą, kto wie, być może tym razem udaną. Czuję, że nie mam kontroli nad sobą, że jestem w stanie zrobić wszystko, wyrządzić krzywdę sobie i innym - psychiczną, fizyczną, każdego rodzaju. Tak mocno gubię się w sobie, że już wszystko do siebie dopuszczam. Jestem bardzo rozchwiana, niestabilna emocjonalnie.
Przeczytałam, strasznie mnie wzruszyła ta twoja opowieść, być może też dlatego że słucham smutnej piosenki. Nie wiem co mam ci powiedzieć. Po raz pierwszy tak czyjaś wypowiedź mnie głęboko poruszyła. Tak wiele w Tobie sprzeczności, ale i bólu. Chęci zrozumienia siebie. W Twojej wypowiedzi jest taka jakaś szczerość. W ogóle te tak wyraziście opisane pomysły na siebie trochę mnie przeszyły dreszczem. Widać, że jesteś tym strasznie pochłonięta. Życzę Ci żebyś odnalazła siebie, żebyś żyła w zgodzie z samą sobą, żebyś była szczęśliwa. Mam nadzieję, że Ci się ułoży w życiu. Strasznie mi się smutno zrobiło po przeczytaniu tego postu.
Ja doczytałem 1/4, ale spity jestem troszku, więc wybacz Zresztą myślę, że wiem o co kaman, bo czytałem to już na innych forach, na których jesteś
I tak mi się wydaje, że zamieszczasz to żeby uzyskać obiektywną opinię na temat swojej sytuacji. I ja powiem Ci tak: Jestem pod wrażeniem kunsztu z jakim to piszesz(wręcz literackiego), od razu widać, że jesteś perfekcjonistką i to rzuca się w oczy od razu. Przełomem jest kwestia Hitlera. Do tego momentu wszystko wygląda, jak napisane przez inteligentną i wykształconą osobę, normalną osobę. Natomiast sam fakt interesowania się Hitlerem ukierunkowuje pewne spostrzeżenia. Hitler to uosobienie autorytaryzmu. Odnoszę wrażenie, że kwestia transseksualizmu, to uososbienie uległości. Ja wiem, że moja ocena może być skrajnie niesłuszna, nie twierdze, że na pewno mam rację. Ale jeżeli miarą ocenną działania jest jego skuteczność, to myślę, że najlepiej będzie jeżeli zdecydujesz się na stabilizatory nastroju. To może być coś, co wyciszy skrajnie inne emocje i pozwoli Ci dojść do sedna tego, kim jesteś.
Z innej beczki: muszę przyznać, że jestem pełen szczerego szacunku dla kogoś, kto przeżył rzeczy gorsze niż ja i trwa
Samantho, zastanawiasz się nad 3 drogami życiowymi. Która według Ciebie jest najbardziej racjonalnym wyborem?
Gdybym to ja miał wybrać, wybrałbym 3 opcję - zmian płci i życie kobiety. Trzymaj się z dala od wszelkich utopii i totalitaryzmów, bo to zawsze prowadzi do jednego - cierpienia i śmierci. Już dosyć ludzi wycierpiało się przez jednego czy drugiego oszołoma, który chciał "zbawić" świat od wszelkiego "zła". Wszystkie próby skończyły się nieporównywalnie większym złem wyrządzonym wielu niewinnym istotom oraz wielką klęską oprawców. Naprawdę marzy Ci się powtórka z rozrywki?
_________________ Do Sztokholmu wpływa prom
Ćpuny cieszą się z daleka
To Polacy wiozą amfę
Już pół miasta na nią czeka
Przeczytalem i musze powiedziec ze jestem pod wrazeniem twojej umiejetnosci pisania oraz tego ile przeszlas w tak mlodym wieku.
Fajnie tez opisalas na czym polega buddyzm, nigdy wczesniej sie tym dokladniej nie interesowalem, ale po twoim opisie musze powiedziec ze to calkiem ciekawa religia i mam zamiar troche ja przestudiowac.
Nie podoba mi sie tylko jedna zecz, piszesz o hitlerze jako o zbawcy itp. No wiec zalozmy ze naprawde chcial zbawic swiat od zla itp, ale czy kazdy zyd jest zly? Jak mozna zabic kogos wogole go nie znajac i opierajac sie tylko na stereotypie. Ile niewinnych ludzi cierpialo bez zadnego powodu. Zly jest ten kto wyzadza innym krzywde, a to wlasnie hitler spowodowal najwiecej krzywdy w histori i wlasnie on byl najwiekszym zlem ludzkosci.
Jezeli juz bys wybrala opcje zbawiania swiata to mysle ze wiecej dobra by uczynilo zjednoczenie wszystkich ras niz bezlitosny mord polowy ludnosci.
Co do buddyzmu to mogl by byc dobry wybor. Patrzac na buddystow widac ze sa ta bardzo spokojni ludzie i zyja w harmonii.
Ja akurat wieze ze religie to tylko wymysl ludzi ktory ma nadawac jakis kierunek w zyciu, aby ludzie sie doskonalili probujac osiagnac ten cel i nie mam nic przeciwko temu aby miec taki cel w zyciu.
Podsumowujac chyba najlepszym wyborem by bylo zycie jako kobieta, bo poswiecanie sie religi nie majac pewnosci ze jest prawdziwa to moze byc strata zycia, chyba najlepiej byc realista i zyc najszczesliwiej jak sie da.
Hitler to uosobienie autorytaryzmu. Odnoszę wrażenie, że kwestia transseksualizmu, to uososbienie uległości.
Nie mylisz się.
Franz von L napisał/a:
Ale jeżeli miarą ocenną działania jest jego skuteczność, to myślę, że najlepiej będzie jeżeli zdecydujesz się na stabilizatory nastroju. To może być coś, co wyciszy skrajnie inne emocje i pozwoli Ci dojść do sedna tego, kim jesteś.
Mój psychiatra ma inne zdanie.
antyk napisał/a:
Samantho, zastanawiasz się nad 3 drogami życiowymi.
Potrzebę zbawienia siebie i świata przez buddyzm lub hitleryzm stawiam jednak wyżej od potrzeby życia jako kobieta, więc jakby zostały dwie. Muszę się wyrzec pragnień bycia kobietą dla wyższych celów.
zamul22 napisał/a:
Nie podoba mi sie tylko jedna zecz, piszesz o hitlerze jako o zbawcy itp. No wiec zalozmy ze naprawde chcial zbawic swiat od zla itp, ale czy kazdy zyd jest zly? Jak mozna zabic kogos wogole go nie znajac i opierajac sie tylko na stereotypie. Ile niewinnych ludzi cierpialo bez zadnego powodu. Zly jest ten kto wyzadza innym krzywde, a to wlasnie hitler spowodowal najwiecej krzywdy w histori i wlasnie on byl najwiekszym zlem ludzkosci.
Hitler mógł nie wiedzieć o tym, co się działo Żydom w obozach koncentracyjnych. Zbawić świat od Żydów nie oznacza jeszcze, aby ich zabijać.
Od ostatniego mojego postu w tym temacie minęło 10 m-cy. Co się przez ten czas zmieniło? W zasadzie nic, bo nadal siedzę w domu, ze związanymi rękami i nigdzie się stąd nie ruszam. Mój tryb dnia wygląda tak: wstaję o 15.00, siadam przed komputer, potem obiad i telewizja, (w między czasie mycie się i kolacja) i tak do 23.00, gdy kładę się do łóżka. Dzięki olanzapinie mogę długo spać. Przyjmuję lek wyłącznie ze względu na wydłużony sen. Być może przestanę go brać i będę przesiadywać nocami przed monitorem, jak kiedyś.
Lekarz psychiatra podejrzewa u mnie schizofrenię, ja natomiast nie wiem, co o tym myśleć. Czuję się niezdolna do szukania pomocy. Wszystko (także walkę z f.s.) uniemożliwia mi pewne zachowanie mojej psychiki, którego nie mogę klarownie wyjaśnić. Załóżmy przykładowo, że mam przed sobą 2 opcje - iść do szpitala, albo też próbować samodzielnie walczyć z problemami, za pomocą zupełnie innych metod. Nie wiem którą z nich wybrać. Każda próba wyboru kończy się niepowodzeniem. W końcu, ponieważ nie mogę rozstrzygnąć, która opcja jest lepsza, nie wybieram żadnej.
Zauważyłam, że od jakiegoś czasu (m-cy, roku), nie mogę powiedzieć, że jestem nieszczęśliwa. Dawniej zaś właśnie tak było. Obecnie czuję po prostu obojętność wobec mojego życia. Niewiele rzeczy mi się chce. To nowość, że zechciało mi się popisać na forum.
Wiek: 20 Dołączyła: 12 Sty 2011 Posty: 128 Skąd: Warszawa
Wysłany: Sro 02 Lut, 2011 22:20
Przeczytałam, ale nie wiem do końca co miałabym o tym napisać. Ja bym chyba wybrała tą trzecią opcję, czyli zmianę płci i życie tu i teraz. Nie warto chyba aż tak się zagłębiać w ideologię hitleryzmu, bo patrząc w przeszłość przyniosła ona tylko zło i cierpienie.
Nie chcę Cię w żaden sposób oceniać, lecz myślę, iż daleko stoisz od buddyzmu by w niego wkroczyć całą sobą. Buddyzm to nie samo wyzbycie się pragnień, buddyzm to przekierowanie swych pragnień na rozwój duszy, jesteś częścią całości, doskonaląc siebie doskonalisz całość a w Tobie jak sama zauważasz wszystko jest sprzeczne i podzielone. Napisałaś, iż pozostają Ci już tylko 2 drogi, stwórz więc na nowo trzecią, bo będąc tak odmiennymi, żadna nie oddaje całości Twej osoby, kroczenie jedną z nich zawsze pozostawi w Tobie pustkę zjadającą Cię od środka.
Skoro ścieżką można podążać, można też ją wybudować od nowa, po cóż więc obierać w jakimkolwiek stopniu ścieżkę, którą ktoś już kroczył? Fakt, świat zachodu choć to bardzo niepoprawne politycznie, po cichu wdzięczny jest Hitlerowi i 2 wojnie światowej, gdyż bez tej wojny, nie żylibyśmy w czasach postępu, a gdyby nie rozpoczął jej mały człowieczek z przerośniętym ego nienawidzący swych żydowskich korzeni, kto wie, czy wszyscy nie żylibyśmy teraz w III Rzeszy. Nie moglibyśmy podróżować samolotami, nie byłoby internetu, samochody byłyby zbudowane z dykty, po cichu i niechętnie lecz szczególnie europa zyskała wiele i wdzięczna jest swemu historycznemu oprawcy. Gdyby nie Hitler też, ile innych mordów i wojen na tle etnicznym nie byłoby powstrzymanych przez organizacje stworzone po II wojnie światowej. Tego chyba nawet nikt nie zliczy.
Jedynym wielkim osiągnięciem Hitlera był jego upadek w historii, który zebrał całe zło z rąk nazistów i zakopał wraz z jego ciałem. Jeśli więc tak bardzo podoba Ci się Hitler, wiedz, że za Tobą nie podążają narody, nie wspomaga Cię infrastruktura żadnej partii politycznej. Owszem możesz założyć glany, ogolić głowę i wyjść ze sfastyką wytatuowaną na czole na ulicę, ale w dzisiejszym świecie może się okazać, że z takim wizerunkiem upadniesz bardzo szybko nie dokonując żadnej zmiany ani w sobie ani na świecie.
Wracając do ścieżki, którą odrzuciłaś, tu Ci się nie dziwię, nie chodzi o stres, fobie przeszkadzające Ci w osiągnięciu celu, lecz bezcelowość tego zjawiska w naszym kraju a może i wręcz w świecie zachodu. Zachód bowiem nie uznaje płci poza mężczyzną i kobietą, aż chciałoby się rzec Huston mamy problem, gdyż nie mieszkasz w Indiach, nie ma tu 3 płci. Zmieniając płeć stałabyś się prawnie kobietą, lecz tolerancja prawa a tolerancja społeczeństwa to zupełnie inna kwestia. Do zmiany mentalności społeczeństwa trzeba odwagi jednostek, czy jednak pragniesz na swoje zlęknione barki zrzucać taki ciężar? Nawet gdybyś była bogata czy miała wrodzone predyspozycje i wyglądała, zachowywała się i żyła jak kobieta czy myślisz, że łatwym byłoby znalezienie kogoś nie będącego napalonym zboczeńcem z wyuzdaną fantazją, kto nie tylko zaakceptowałby Cię jako kobietę-partnerkę lecz także wytrwał przy Tobie gdy zapragnie mieć potomstwo. Można powiedzieć hasło "adopcja". Ja mówię na to, adopcja jest dla ludzi zbawiających świat, nie dla ludzi, którzy chcą się razem zestarzeć i być szczęśliwym. Problemem tu wcale nie jest strach przed chodzeniem po sądach i załatwianiem zmiany płci, akurat co do sądownictwa w naszym kraju, wszyscy powinniśmy wiedzieć, iż między jednym wezwaniem a drugim dostałabyś pewnie z rok wakacji.
Myślę ale to tylko moja opinia i nie staram się jej nikomu narzucać, iż utknęłaś jak wiele osób w podobnej Tobie sytuacji w martwym punkcie, w punkcie z którego nie zobaczysz prostego wyjścia, gdyż takowe nie istnieje. Musisz nauczyć się żyć sama ze sobą, czy to jako kobieta czy mężczyzna. Porzuć Buddyzm i Hitlera, gdyż daleko Ci tak do Nazistów jak i do Buddystów, owszem będąc jedyną osobą, która zna swoje wnętrze czynisz z siebie Boga w swym przekonaniu, zacznij więc od znalezienia kogoś o podobnej przeszłości i podobnej sytuacji niezdecydowanego na zmiane płci choć bardzo dużo o tym myślącego i podziel się swoim wnętrzem. Nie historią swego życia, nie autobiografią, nie publicznie - ludzie czytają i za 10 minut, już o Tobie zapominają, musisz zacząć się dzielić swym wnętrzem, tym co czujesz, jak czujesz, kiedy czujesz z kimś kto Cię zrozumie, a jeśli nie ma nikogo takiego, zawsze pamiętaj, masz jeszcze rodziców, być może Cię nie zrozumieją, lecz i nie odrzucą skoro już Ci w tych staraniach tyle pomagali. Gdy nie mamy choć jednej osoby, która zna nasze wnętrze, jesteśmy warci tyle co kupka szarego popiołu nawet jeśli czujemy się jak zbawca świata pozostajemy bezwartościowi. Bezwartościowi, ponieważ są setki, tysiące, miliony identycznych istot wokół nas, których na ulicy nikt nie dostrzeże, nigdy o nich nie pomyśli nawet, poza ich własnymi przyjaciółmi.
Przepraszam jeśli mą wypowiedzią wywołałem jakikolwiek smutek, lecz naprawdę uważam, iż to całe zbawianie świata to podstawa Twego największego problemu, ukazuje ona straszną samotność jakiej ze świecą szukać być może nawet na tym forum. Poznaj kogoś przed kim się otworzysz, kto otworzy się przed Tobą, zobaczysz, że minie Ci to zbawianie świata tak złem jak i dobrem gdy dostaniesz choć trochę motywacji zachęcającej do otworzenia oczu kolejnego dnia.
Hitler mógł nie wiedzieć o tym, co się działo Żydom w obozach koncentracyjnych
, Jest wiele konkretnych rozkazów co do eksterminacji nierasowych nacji w obozach. W "swojej walce" dokładnie precyzuje to za co są odpowiedzialni żydzi i co nalezy z nimi zrobić. Myślę że nie ma sensu dyskutować o tak oczywistych sprawach. Co do głównej treści ,którą zawarłaś w opisie swoich
problemów, to nie ulega wątpliwości ,że ich podstawową przyczyną są problemy z tożsamością płciową.
Powinnaś zadać sobie pytanie kim jestem, i niezaleznie od odpowiedzi zaakceptować ją, cały problem polega chyba na tym ,że jesteś w trakcie odpowiadnania sobie na to pytanie. Życzę - aby udało Ci się -
zbudować siebię.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach
Fobia Społeczna - Socjofobia - Fobia Forum - Forum Fobia - Depresja - Zaburzenia Lękowe - forum dyskusyjne na temat fobii społecznej (socjofobii), niesmiałosci, fobii, depresji, zaburzeń lękowych i innych problemów psychologicznych.