Nie wierzę w sens/logikę życia. Nie ma czegoś takiego jak przeznaczenie, los etc. Wszystko jest przypadkiem.
Śmierć wynika z niedoskonałości mechanizmów. Nic nie trwa wiecznie. Jesteśmy "niewolnikami" czasu/zegara biologicznego.
Przyglądając się ludzkiej naturze, człowiek nie jest w stanie docenić/trwać przy tym, co może posiadać/posiada. Jest taki fajny cytat, iż jedynym sposobem na kochanie czegokolwiek, jest wyobrażenie, ze moglibyśmy to stracić...
"Źródło" - to trzeba obejrzeć, tego nie da sie opowiedzieć...
Myślę, że zostajemy tylko nawozem, po śmierci. Zasypiamy i to już jest koniec. Nie ma nic po drugiej stronie.
To tak z grubsza
apropo, z Hamleta:
„Tuczymy wszelkie stworzenia na pokarm dla nas, a tym pokarmem sami siebie tuczymy na pokarm dla robactwa. Tłusty król i chudy żebrak to po prostu dwie odmiany tej samej potrawy – dwa dania, ale na jeden stół. Na tym się wszystko kończy.”
Co do mnie to na dzień dzisiejszy nie boję się śmierci, bo nawiązując do tego co napisaliście, nie mam po prostu nic do stracenia. Bać to ja się boje życia, a nie śmierci. xE
"Śmierć bywa okrutna, zabawna, makabryczna, dzika, łagodna. Tajemnicza. Sławna. Ukrywa się. Potem wyskakuje na pełen widok. Jest wspaniała. Patetyczna. Sentymentalna. Ale w końcu Śmierć zawsze zwycięża."
hm co by tu jeszcze napisać... W mojej wyobraźni śmierć to nie jest kościotrup z kosą, ale jakaś delikatna, bardzo smutna postać, która przychodzi i utula do snu. :3 "Kocham śmierć bo tylko ona na mnie czeka." - lubię ten cytat :)
Muszę się jeszcze przyznać, że mam takie jedno marzenie związane ze śmiercią, może i jest kompletnie niedzisiejsze, przesadzone, ale bardzo często myślę, że chciałabym aby coś takiego mi się zdarzyło. Mianowicie chciałabym za kogoś umrzeć. Tak przykładowo zasłonić kogoś własną piersią przed kulą wystrzeloną z pistoletu. xP Ciekawe czy w rzeczywistości zdobyłabym się na coś takiego, bo na razie ograniczam się tylko do wyobraźni. Ale rzecz w tym, że wtedy moje życie miałoby sens, ten kawał mięcha, którym jestem na coś by się w końcu przydał, a nie przesiedział całe życie przed komputerem na zmianę ze spaniem :/. Miałam kiedyś przyjaciółkę, była dla mnie bardzo ważna i tak sobie myśle, że gdybym mogła się np. właśnie dla niej poświęcić to umarłabym na prawdę szczęśliwa. ;)
_________________ Lodowiec napiera na kredens,
przez łóżko pustynny dmie wiatr.
Rysa na dnie filiżanki
to ścieżka na tamten świat.
Też nie boję się śmierci (tylko jak coś mnie bardzo boli i nie wiem skąd on jest, wtedy czuję strach). W myśl poświęcenia się dla kogoś... Żyję dla rodziców - to jest moje poświęcenie. Za bardzo kocham ich by zabić ich własną śmiercią (no chyba, że badania wskażą coś innego, to będzie dyskoteka:/).
_________________ Co robisz?
-Nic.
–Niezłe zajęcie.
-Niezłe... ale jaka konkurencja...
Ja miałem raz pewną "fazę" z tym związaną..tzn. pomagałem znajomemu przy robotach polowych, wycinka krzaków etc.. trochę sie przy tym podrapałem [nic nowego], poranienia jak to przy robocie bywa były zabrudzone etc.. Generalnie standard, którym się nie przejmuję nigdy..ale po takim dość męczącym dniu, wieczorem zauwazyłem jakby żyły na tej zadrapanej ręce bardziej się uwidoczniły..od razu mi się to skojarzyło z zakażeniem. Wiem że to brzmi debilnie..może to kwestia zmeczenia była, że tak to odebrałem...ale, i to jest chyba morał z tej sytuacji, pomyślałem wówczas - że nie chciałbym tak umrzeć, że powinienem przeprosić co niektóre osoby za to że nie byłem takim jakim być powinienem, lepszym synem, bratem..kumplem.. I z taka myślą zasnąłem bo długim czuwaniu. Głupia sprawa, bo rano sie obudziłem zdrów jak ryba [pewnie było to wynikiem przeciążenia ręki, przez co zyły po tej stronie wyglądały dość specyficznie, no ale trzeba przyznać.. faza troche odjechana ].
Nigdy nie bałam się śmierci.
Nie będę się tu rozczulać i pisać coś czego nie jestem pewna , albo nie jest prawdą.
Napisze po prostu tak - Znieczuliłam się na śmierć , widok krwi i okrucieństwo .
Choć to głupota , dla mnie ludzie mądrzy i inteligentni a jednocześnie okrutni są czymś niezwykłym .
Wyrafinowane okrucieństwo mnie pociąga , jest dla mnie rzeczą bardzo ciekawą .
Poza tym jak to mówi epikureizm - Gdy się rodzisz smierci nie ma a gdy umierasz to też jej nie ma .
Tak naprawdę człowiek rodzi sie po to aby umrzeć ,początek i konieć dla naszego ciała , nie duszy .
Każdy by tak chciał. Mieć np. doświadczenia 20-parolatka w wieku 15 lat itd. Ale myślę, że takie coś spowodowałoby jeszcze gorsze skutki.
Co do śmierci... wiem, że oddałbym swoje życie za każdego ze swojej najbliższej rodziny lub też za kogoś kto na to bardziej zasługuje. Śmierć nie jest dla mnie czymś strasznym, dużo bardziej boje się kalectwa.
Ja się boję śmierci innych osób. Boję się, że wszyscy na których mi zależy umrą przede mną i ja zostanę sama i że sobie nie poradzę. Swojej śmierci się nie boję, czasem czekam na nią z utęsknieniem, a czasem wogóle o niej zapominam jakbym miała żyć wiecznie.
_________________ When do you live forever what do you live for?
Ostatnio zmieniony przez *Eveline* Nie 07 Cze, 2009 22:22, w całości zmieniany 1 raz
Gradatim
Wiek: 40 Dołączyła: 21 Lut 2009 Posty: 6 Skąd: sama nie wiem skąd ;)
Wysłany: Nie 22 Lut, 2009 20:08
Powiadacie.... śmierć...
Zacytuje tu fragment mego referatu wygłoszonego 2 lata temu na Konferencji naukowo-szkoleniowej Życiodajna Śmierć.
"... „Nie cały umieram...”. Słowa te, przez 20 miesięcy były dla mnie nie zrozumiałe. Jak to? - „nie cały umieram”, przecież fizycznie tego kogoś nie ma, nie słyszę jego głosu, nie czuję zapachu...
Gdy umierała córka, świat mój stanął nad przepaścią, moje życie przemykało przez palce, nie potrafiłam go zatrzymać… Było mi wszystko jedno, bo traciłam córkę, to co dla mnie najcenniejsze, traciłam swą przyszłość, traciłam sama siebie. Rozpacz, ból, łzy i strach co będzie potem, jak zapełnię tę pustkę... która krzyczy. Znalazłam sobie ucieczkę... zamknięcie się w swym bólu! Nie potrafiłam o tym rozmawiać, a jak się już mogłam... to zatruwałam tym bólem, żalem, otoczenie… I to mnie zaczęło izolować od reszty. Nie potrafiłam rozmawiać z dziećmi, widziałam ich ból, ale swój przedkładałam nad ich bólem. Krzywdziłam ich, ale tego nie widziałam... aż do pewnego dnia. To był sylwestrowy poranek, moja rozmowa z synami.... Ta rozmowa była nam bardzo potrzebna, doszliśmy do pewnego kompromisu między nami. I znów na nowo odzyskałam synów, ale z tą świadomością, że na stałe. Znów mamy siebie, powróciło zaufanie i szczerość. I jeszcze coś zrobiłam, zrozumiałam swój największy błąd, nigdy nie rozmawiałam z synami o śmierci Ani. Nie zważałam na ich ból, bo byłam zaślepiona swoim bólem, a oni tak bardzo cierpieli i jeszcze bardziej mnie wtedy potrzebowali. Jaka ja byłam ślepa! Przecież mogłam na zawsze stracić chłopców. Tak niewiele brakowało... Pomogła nam ta rozmowa w sylwestrowy poranek, były łzy i głęboka cisza, a potem.... zabawa „podaj dalej” wymyślona przez Adasia. To były piękne chwile i na zawsze pozostaną nam w pamięci.
Nauczyliśmy się wszyscy mówić otwarcie i szczerze o śmierci Ani. (...)
Dzień sylwestrowy uświadomił mi jak ważna jest rozmowa, jak ważna jest bliskość drugiego człowieka, jak cenne jest życie. Tylko dlaczego dowiadujemy się o tym jak je tracimy? Błędne jest zamykanie się w swym bólu. Takie powiedzenie, „że sobie radzę” jest oszukiwaniem samego siebie, zgrywaniem osoby twardej przed otoczeniem, bo przecież w środku czuje się zupełnie inaczej. To stwarzanie pozoru osoby twardej, silnej, działa tylko jakiś czas, do momentu kolejnego wspomnienia o kimś cennym. A wtedy wszystko siada, cała ta otoczka twardości opada, tak jak po rozłupaniu orzecha, zostaje tylko samo wnętrze. Wnętrze słabe, wołające o pomoc. Cenna jest wtedy pomoc osoby, która to wnętrze spostrzeże, nie wykorzysta naszej słabości i nie będzie igrać, ani manipulować naszym bólem.
Takim orzechem byłam i ja. Myślałam, że to dobre wyjście: na zewnątrz silna, opanowana, mocno stąpająca po ziemi… Solidną zbudowałam skorupkę!. Niedostępną dla... prawdy, prawdy o sobie samej. A wnętrze? Lepiej było go nie obnażać. Lepiej, nie oznaczało wcale dobrze! To było złe podejście do życia. Ale cóż mogłam na to poradzić? Skąd mogłam o tym wiedzieć? Przecież nie codziennie umiera dziecko, ktoś bardzo bliski. Nie ma żadnej nawet szkoły, która by uczyła jak się zachować po śmierci, jakimi kierować się zasadami, uczuciami aby nie zwariować. Uczy nas dopiero własne doświadczenie, własne przejście przez wszystkie etapy bólu i pustki. Przeszłam to wszystko i ja... zdobyłam, jakąś umiejętność, ale czy aż na tyle dobrze opanowaną, by móc się z tym pogodzić? Móc dalej żyć? Nie mam odpowiedzi na to pytanie. Nie wiem co da mi kolejny dzień, na co mogę liczyć. Ale w tym życiowym doświadczeniu nauczyłam się jednego... jak ważna jest obecność drugiego człowieka. Spotkałam takiego... (...)
Śmierć nie kończy wszystkiego, ale daje początek nowego. Dla mnie śmierć Ani dała życie, nowe życie, dała mi dar pisania. Po książce, zaczęłam dalej pisać, czułam taką potrzebę, pojawiły się także oznaki zachęty ze strony innych ludzi, abym kontynuowała pisanie. Stałam się im potrzebna. Tak jak ja kiedyś potrzebowałam innych, tak teraz ktoś szukał mnie...
Co dała mi śmierć? Odebrała dziecko... i dała ludzi, zaś synom zwróciła mamę. A mi?
„Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą...” – pisał ks. Twardowski. Moje życie, mój dom, to jest to co teraz mam. Mój nowy dzień, żyję tylko nim, radością dzieci, pozdrowieniem na forum, mailem z sercem w środku. To aż nadto. A wszystko to zawdzięczam ...śmierci, tej Pani, co wchodzi ukradkiem w nasze życie i zabiera nam to, co najbardziej cenne. Teraz mój dzień... to ja, Maciek i Adam, akwarium z rybkami, poszukiwanie pracy, realizowanie się na studiach, moje nocne pisanie...
To życie, wyjęte z ram Śmierci i osadzone w ramy Nadziei. Życie, co zna swą wartość, co biegnie ku Niebu.
A ja, my? Cóż... pozostało nam tylko kochać, kochać mimo wszystko, mimo bólu, mimo cierpienia. Kochać... aby potem móc powiedzieć... „Kocham Cię, uczyniłam wszystko, biegnij...”. Tylko czasami łza potoczy się po policzku... łza, co zna cały ból i pustkę... łza, która nie jest oznaką mojej słabości, ale dowodem na to, że moje serce nie wyschło i nie stało się pustynią, łza co ukoi smutek bólu i cierpienia. (...) "
...hmmm długie to trochę, ale to nić. Ja tak odebrałam śmierć swego dziecka. I nie boję się jej
„Nie bój się, gdy umrzesz w drzwiach do Krainy Życia – szeptał Anioł Śmierci. – Tak się narodzisz na zawsze...”.
Wiek: 30 Dołączył: 22 Sty 2009 Posty: 120 Skąd: Z IMPERIUM ZŁA
Wysłany: Nie 22 Lut, 2009 20:16
co do śmierci to też się nie boję ,bo i czego jest nieunikniona ,przecież rodzimy sie już skazani na śmierć, nie raz miałem sytuacje z których o mały włos ,najgorsze że podszedłem do tego ze stoickim spokojem ,nic mnie nie ruszyło.Uważam że śmierć człowieka zależy od tego jak żył . Jeśli był dobrym człowiekiem to szybko i bezboleśnie .
Gradatim
Wiek: 40 Dołączyła: 21 Lut 2009 Posty: 6 Skąd: sama nie wiem skąd ;)
Wysłany: Nie 22 Lut, 2009 20:24
Stefan....nie zawsze tak jest jak Ty piszesz. Pracuję w szpitalu na oddziale dla przewlekle chorych, tam codziennie umiera człowiek.... widzę różne odejścia.... i każde ma w sobie ogromny tragizm... po za tym stoi rodzina, dzieci, wnuki, ktoś bliski, przyjaciel.
Ale najgorsza jest śmierć w samotności, gdzie nie ma rodziny, osoby bliskiej...jest tylko biały personel, który nie zawsze ma czas i siły aby być przy konającym człowieku. Każdego to boli, mnie też, boli mnie jak muszę przygotować ciało pacjenta do zwiezienia do prosektorium... bo oczami widzę go kilka chwil wstecz, kiedy to jeszcze był, kiedy to jeszcze rano zmieniając mu pościel uśmiechał się do mnie, karmiłam... to był i jest człowiek. Nie ważne czy był dobry czy zły... to człowiek i dla każdego należy się godna śmierć.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach
Fobia Społeczna - Socjofobia - Fobia Forum - Forum Fobia - Depresja - Zaburzenia Lękowe - forum dyskusyjne na temat fobii społecznej (socjofobii), niesmiałosci, fobii, depresji, zaburzeń lękowych i innych problemów psychologicznych.