Wcześniej broniłem się jak mogłem, ale w końcu wcisnęli mi w ręce urodzoną niedawno siostrę wujeczną (jak ja nie lubię tego określenia. Kuzynostwo zawsze dla mnie było "cioteczne").
Atititititititi *_____________*
Boge, jaki ja jestem niespełniony. Tak marzę o ojcostwie, spokojnym, statecznym życiu rodzinnym, a tymczasem chu*a widać. Nie mogę nawet wykorzystać noworodków z rodziny jako substytutu, bo boję się je dotykać i okazywać emocje. Tak się gotowałem z Gabrychą w rękach, że wytworzyłem wystarczającą ilośc ciepła, by gładko usnęła po długim czasie nerwowego wiercenia się w objęciach mojej mamy. Można to dopisać do zalet fobii społecznej.
Potem wujaszek, któremu podkradłem potomkinię, wyciągnął mnie z bratem na zmianę kół w samochodzie. Przyjechał do nas na podwórko jakiś jego znajomy, także babrając się w swym samochodzie. Ot, przeszedłem obok bez słowa. Dopiero po dłuższej chwili ogarnąłem, że to przecież Karolek, brat małżonki wujaszka, a jednocześnie mój "kolega" z podstawówki\gimnazjum. Głupio tak trochę, bo to nie pierwszy raz, gdy się z nim nie witam, choć nie podpadł mi w żaden sposób. Trudno, opinię w okolicy i tak mam tragiczną.
No, nie poznałem go. Tydzień temu, gdy wyszedłem z domu zadzwonić w sprawie pracy (wiekopomna chwila), spotkałem w ciągu kilkunastu minut trzy osoby, które widziałem ostatnio wraz z ukończeniem gimnazjum. Oczywiście przechodziłem obok nich bez słowa licząc, że mnie nie rozpoznają. Pracują, znajdująca się w tej trójce koleżanka szła ze swym rosłym już dzieciątkiem, a ja nadal siedzę w jaskini i niemrawo krzesam kamieniami, starając się zmienić coś w swym postępowaniu. Nici z ogniska na razie, coś mi się zdaje.
----------24-11-2011
Co jak co, ale w "Kosmicznego Żartownisia" wierzyć muszę. Dziś i wczoraj dziadków nie ma w domu, więc AKURAT W TE DNI musi się zwalać na głowę kupa rzeczy, za które potem zbieram opieprz (wiem, brak detali, ale nie chce mi się pisać. Zresztą to mogą być nawet kompletne pierdoły - jeśli kogoś nie zbluzgają, to im ciąży). Wczoraj solidnie po mnie pojeździli i lada dzień się doigram, gdy w końcu przejdą od słów do czynów. Na przykład dziś, gdy wrócą do domu bez gazu, bo akurat teraz musiała się przydarzyć awaria, a ja spławiłem z nerwów pana gazownika mówiąc, że sam sobie poradzę z przywróceniem jego dopływu :_D. Po powrocie dziadków zanosi się na tradycyjne "hurrrr durrrr, co z ciebie za chłup, co to nie potrafi gazu włunczyć czy przy samochudzie robić, siedziwdomubezprzerwyjakmożnatylesiedziećjezuuuusmaaaaarialeńśmierdzący
tożtobratwujkamatkisiostrypanazbigniewapracujewochroniedobrąpracęmatakąmęskąajegocórkastudiujestosunkimiędzynarodoweatynicnierobiszniemyśliszoprzyszłościinosiedzisznatejdupie
chłoooopieweźsięzastanówinieudawajniedorajdyzarazaprowadzętuporządek".
To chyba coś z tą gazskrzynką na zewnątrz.
Albo nie.
Pobawiłbym się tymi tegesami w piwnicy, ale dzięki Żartownisiowi wysadzę dom fpistu.
Jak to dobrze, że kupiłem sobie czipsy, bo obiadu nie będzie, heh.
~~~
edit: oj, głupku, proste to było. Na szczęście się wykaraskałem z ewentualnych bluzgów. Remember, kids - trochę wazeliny i przymilania się zawsze w cenie.
edit2 (a w zasadzie 3): ekskjuzmi za rozciaganie strony, choć by oddać babcine, niemal godzinne monologi, musiałbym pociągnąć forum jeszcze ze trzy metry w prawo.\
edit6545654: tak w ogóle to nienawidzę w sobie tej uległości, spowodowanej strachem o własne...dobro? Każda głupia uwaga może mnie złamać, zaś postawić się boję, bo zawsze znajdą uniwersalną odpowiedź typu "a ty znajdź pracę". I przystaję na takie metody, bo kłują dotkliwie w czułe punkty.
Dziś zdecydowałem się nie kupować WKŁADEK DO BUTÓW RATUJĄCYCH ŚWIAT, a przynajmniej tyle wyłowiłem z potoku słów jaki wylała w moim kierunku pewna pocieszna młoda dama w okolicach kina Krewetka. A pomagały na wszystko - samopoczucie, zdrowie, niepamiętamcotamjeszcze, nawet przedłużały orgazm. Takie to były wkładki. WSZECHWKŁADKI. I to tylklo dziś prawie gratis, bo od jutra mają kosztować 80zł. Prawie gratis, bo "co łaska" dla ubogiej studentki.
Jakby jeszcze powiedziała, że pomagają na fobię społeczną, kupiłbym w nagrodę za samą znajomość tego pojęcia.
Jaki z tego morał?
_________________ "Nil admirari - niczemu się nie dziwić"
Horacy.
Fajnie mi dzisiaj dzien minol . Udalo sie wyciagnac dziewczyne na spacer, ktory trwal dosyc dluzej niz oczekiwalem i na koniec udalo mi sie dostac jej numer tel. oraz umowic na nastepne spotkanie . 1.5 miesiaca gadania i zaprzyjazniania nie poszedl na marne. Czuje, ze wreszcie zaczynam robic to co chce, a nie tylko marzyc. Nareszcie ;D
Bear, wreszcie jakiś pozytywny akcent. ja już jestem po dwóch spotkaniach, staram się zachować dystans, ale strasznie ciężko, tym bardziej że u mnie sytuacja nie w 100% klarowna (ale pewnie to moje chore myśli fobiczne, bo co po 2-óch spotkaniach można powiedzieć tak naprawdę? ). Myślę, że teraz dużo ode mnie będzie zależeć jak poprowadzę kolejne spotkania.
Dziś fajnie, bo PRZYJECHAŁA DZIIIIDZIAAAAA (pociecha wujka). Jutro pewnie powrót do standardów, więc także dla spokoju w domu znów znów przejdę się przez pół miasta.
Na razie nie, ale dostałem info, że pakowały się tak do większości domów w okolicy .
Cytat:
Uspokoiło się?
Znaczy bobo? Zazwyczaj spokojne (lubi się napłakać głównie w nocy, jak każde zdrowe dziecko ), a te krótkie płacze podczas wizyt u nas w domu są przekjutne. Chciałbym nie spać pół nocy i lulać takiego szkraba!
Ja podobno byłem nadzwyczaj spokojnym i bezproblemowym maluchem, widocznie od urodzenia brak mi spontaniczności i dynamizmu (spadnie mi dziesięciokilowy odważnik na stopę, to z flegmą westchnę "ał").
PS. Kurdę, chciałem naprawić stronę, ale już nie moge tego posta ze słowociągiem edytować. Kochana Wesley Snieves może pacnąć w jakimś sensownym miejscu enter .
Ostatnio zmieniony przez Mosze Nie 11 Gru, 2011 22:47, w całości zmieniany 1 raz
Miałam próbę z zespołem. Stałam jak kołek pomiędzy tymi wszystkimi ustaleniami i wytycznymi, słowem nie mogąc się odezwać, gorąco-zimno, myślałam że zasłabnę, próbowałam sobie wkręcic cokolwiek pozytywnego, NIC NIE DZIAŁAŁO, nic. Ukochana muzyka wokół mnie a obok. A ja gdzieś indziej. Wśród dobrych znajomych. Na bebnach i na klawiszach moi najlepsi przyjaciele. I ZAPOMNIAŁAM TABLETEK ZE SOBĄ. Dramat.
Tak, tak, lęki napadowe. NIENAWIDZĘ TEGO.
Potem mi trochę przeszło. Ale jest coraz gorzej. Z miesiąca na miesiąc. Bardzo potrzebuję pomocy.
Zaufana koleżanka już dziś przyjechała do znajomych, by spędzić z nimi Sylwka, więc korzystając z chwili wolnego czasu wybraliśmy się na kawuchę. Po kolei:
Dobry Mosze: minęliśmy się jakoś na peronie, więc wypadało się skontaktować za pomocą sieci GSM. Kurde, szukanie się za pomocą tradycyjnych dla mnie SMS-ów byłoby durne. Wpadłem więc na szatański plan, by pierwszy raz do niej ZADZWONIĆ. Przecież to nie jest już obca osoba, no i zaplusuję sobie na wstępie, nabiorę pewności siebie. Dzwonię, znajdujemy się. Zostaję pochwalony za wymagający ogromnej odwagi czyn. Głupie, ale się cieszę.
Zły Mosze: idziemy do upatrzonej wcześniej przeze mnie w necie kawiarni. Polecająca po peanach na temat atmosfery i fajnego pana szefa narzekała na ciasnotę. Myślę sobie: dla TYCH ONYCH ciasna to jest nawet hala sportowa, pewnie znajdzie się jakiś cichy kącik do prywatnych rozmów.
Patrzę przez szybę i stwierdzam, że faktycznie cholernie ciasno. Miejsca poza kontuarem niemal nie było. Żebyśmy jeszcze byli sami, ale przy jednym z całych trzech stolików ktoś już siedział, zajmując połowę wolnej powierzchni lokal(ik)u. Przystałem na propozycję zmiany planó, bo wiedziała, że mi się to nie podoba. Czułem się jak idiota. Po drodze minęliśmy odrobinę sensowniejsze wnętrze, więc się wracamy kawałek i włazimy.
Taki nie wiem jaki Mosze: za rzadko się spotykamy, bym nauczył się sensownie gadać z ludźmi. Zacząłem parcieć na przełomie podstawówki i gimnazjum, a wtedy rozmowy raczej poziomem nie porażają. Stoję w miejscu od tamtego czasu. Chciałbym mówić jak dorosły człowiek, chciałbym bogato wyrażać swe myśli i ubierać je w kształtne słowa, móc być pomagierem, otuchą, ciekawym rozmówcą, a nie tylko kulą u nogi. Nie pozwolę sobie na ani odrobinę spontaniczności, nie zacznę nowego tematu, a tych wcześniej obmyślanych nie rozwinę w satysfakcjonujący sposób i umrą przedwcześnie, nie uzyskując wymarzonej formy. Brzmi to jak rozmowa Stefana ze Zdzichem - o pupci Maryni, byle gadać, przynajmniej z mojej strony. Chcę się wbić w ładniejsze słowa ładniejszej strony konwersacji, ale nie mogę. Nie wiem, na ile mogę sobie pozwolić. Czy wypada dotknąć tego tematu? Mogę nagle przestać użalać się nad sobą, a następnie wstąpić w rolę pocieszyciela? Kurde blaszka, przecież nie potrafię. Postępującą tępotę może powstrzymać tylko trening, a nie znam nikogo, kogo mógłbym molestować co dzień lub kilka. Sama kawiarnia mało komfortowa. Otoczeni przez nasłuchujących ludzi. Zresztą wnętrze to wnętrze, blokuje mnie od razu. Podczas drogi z dworca do lokalu byłem zdecydowanie luźniejszy.
No, ale cośtam powiedziałem. Beznadziejnie, ale pojawiły się optymistyczne akcenty, np. mój zaciesz przy każdych odwiedzinach trzymiesięcznej kuzynki. Jakoś ten grudzień m.in. dzięki niej całkiem strawnie minął.
Dajesz, Mosze, dajesz!: no to się zmywamy. Dzwoni jedna z sylwestrowiczek, dobra znajoma. Kojarzy mnie nieco z opowieści, zresztą to przyszła pani psycholog (teoretycznie?). Wypadałoby pójść i się pierwszy raz przywitać, choć dostaję opcję wcześniejszej ucieczki, jak to miałem wcześniej w zwyczaju.
Co mówi w głowie Dobry Mosze?
ANI MI SIĘ WAŻ, PLEBEJUSZU
...no więc idę na to rande-wu, milcząc i trzęsac się jak osika. Samica - będzie oceniać mnie jako samca, czyli "trzy razy nie, dziękujemy".
Nie uciekam.
Przychodzi.
Witam się.
Idziemy jeszcze kawałek, ale ja już kroczę z boku. W końcu się żegnamy, życzymy udanych Sylwestrów i Nowych Roków, papa.
Wracam do domu, jak zwykle z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony radość ze stawiania kolejnych małych kroczków. Z drugiej - wygórowane oczekiwania, które ciężko teraz spełnić.
Nie wystarczał mi już lęk przed pierwszych Sylwestrem, który spędzę poza domem, zdążyłem jeszcze się przed chwilą wplątać w niepotrzebnego flejma, przez którego znów nie będę mógł spać pół nocy. Boże, pierdzielnij mnie piorunem.
Chrzest kuzynki dziś miałem. Dopiero niedługo przed wyjściem dowiedziałem się o wspólnym obiadku (z rodziną i znajomymi obu stron rodziców Bączura, łącznie ze 30 osób), a dopiero po mszy, że to obiadek w wynajętym lokalu, a nie zwyczajowo u ciotki ze sporym domostwem. Przeżyłem. Rosół szybko odstawiłem, bo nie panowałem nad "parkinsonem". Taki peszek mam, że wybranką wujka jest siostrą znajomego z podstawówki i gimnazjum, ale nadal dzielnie udaje mi się z nim nie gadać.
Jakoś żyję. Zawsze lepiej niż ślub owej pary, gdy to przesiedziałem kilka godzin bez ruchu, obracając szklankę w dłoniach i tępo się na nią gapiąc. Matka widziała, że weselna atmosfera i zwyczaje wyjątkowo mi nie służą, więc mnie wcześniej zgarnęła do domu.
Strasznie się w domu zasiedziałem, a muszę nieco potrenować w najbliższym czasie. A że potrzebowałem pewnego przedmiotu, za cel ustanowiłem sobie jego zdobycie. Kupiłbym to w niejednym sklepie w okolicy, ale powoli, ostrożnie - na początek biorę pod uwagę tylko samoobsługowy hipermarket.
Idę idę idę NIE MA.
To znaczy, że muszę wstąpić do zwykłego sklepu. Na pewno z młodą, ładną, miłą ekspedientką. Zbliżam się do pierwszego, badam sytuację z zewnątrz przez witrynę - nie, nie podoba mi się. Zanosi się na wypad zakończony niepowodzeniem. Przechodzę koło drugiego, patrzę. Znów mi nie pasuje, idę dalej. Po chwili unoszę się dumą i wracam. Wchodzę, widzę oczywiście MŁODĄŁADNĄMIŁĄEKSPEDIENTKĘ. Nie wyjdziesz teraz, buahaha! Składam zamówienie, a co gorsza udaję nieznającego tematu pierdołę, by mieć powód do wymiany zdań. Tak chyba robią ludzie. Chyba. Zaburaczony, ale żyję. Gdy docieram w odludne miejsce, wyciągam zdobycz z torby i dzierżę zwycięsko.
Udało się. Mam ją.
GUMKOSZCZOTKA DO NUBUKU
Ostatnio zmieniony przez Mosze Sro 14 Mar, 2012 16:07, w całości zmieniany 1 raz
DaQo240190
Wiek: 22 Dołączył: 22 Mar 2012 Posty: 11 Skąd: Okolice Krakowa
Wysłany: Pią 23 Mar, 2012 12:28
Dzień od rana bardzo ładny zarazem bardzo ciekawy , boli mnie ósemka ząb od dwóch dni także z samopoczuciem nie najlepiej przez ból , ale tak to w porządku , nigdy nie czuje się bardzo źle w tak piękną pogodę , chyba że czekam w kolejce lub już leżę na fotelu u chirurga szczękowego wtedy nawet 30+ piękne słońce itd nie pomoże.
_________________ Chciałbym móc w końcu powiedzieć że kocham życie .
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach
Fobia Społeczna - Socjofobia - Fobia Forum - Forum Fobia - Depresja - Zaburzenia Lękowe - forum dyskusyjne na temat fobii społecznej (socjofobii), niesmiałosci, fobii, depresji, zaburzeń lękowych i innych problemów psychologicznych.